Musimy pomagać słabszym, bezrobotnym i wykluczonym
rozmawiał Leszek Baj
2010-02-08, ostatnia aktualizacja 2010-02-07 21:05
System bankowy jest już bezpieczny. Teraz czas wspierać ludzi biednych, dotkniętych bezrobociem czy wykluczonych
ZOBACZ TAKŻE
- Bank Światowy: Kryzys zwiększył biedę na świecie (21-01-10, 20:21)
- Strefa euro: Bezrobocie w styczniu wyniosło 9,9 proc. (01-03-10, 12:44)
- W niektórych powiatach bezrobocie sięga 35 proc. (01-03-10, 09:58)
- Zarobili miliony z CO2 i kupili serduszka WOŚP za 2 mln zł (08-02-10, 13:00)
- Bank Światowy: Świat podnosi się z kolan, ale to nie koniec kłopotów (21-01-10, 07:46)
- Bank Światowy: w 2010 roku kryzys uderzy w klasę średnią (04-12-09, 13:55)
- Bieda powoli opuszcza Polskę B. Zaskakujące wyniki (29-12-09, 09:59)
- Bieda na europejskiej wsi. Rolnicy zarabiają coraz mniej (08-10-09, 15:55)
Leszek Baj: Bank Światowy szacuje, że recesja na świecie, mimo że oficjalnie się kończy, w tym roku wpędzi w ekstremalną biedę dodatkowo 64 mln osób. Smutne, że kryzys, który wywołały kraje bogate, wpędza w ubóstwo głównie mieszkańców krajów rozwijających się.
Andrew Burns*: Niestety, konsekwencje kryzysu odczuwają wszyscy na własnej skórze, ale najbardziej właśnie ci najbiedniejsi. Tylko w Afryce Subsaharyjskiej co drugi mieszkaniec żyje obecnie za mniej niż 1,25 dol. dziennie. Dla mieszkańców krajów rozwiniętych to przecież kompletne grosze, niewiele ponad 3 zł.
Już w 2008 r. około 130 mln osób na świecie wpadło w biedę przez gwałtownie rosnące ceny żywności. Później ceny spadły, ale dziś i tak są dużo wyższe niż jeszcze dziesięć lat temu. To szczególny problem dla biedaków z miast, którzy żywność konsumują, ale sami jej nie produkują.
Także w Europie i Azji Środkowej kryzys gospodarczy wpędził w ubóstwo dodatkowe 10 mln osób. Chociaż tutaj poprzeczka jest wyższa - chodzi o życie za mniej niż 5 dol. dziennie.
Czy władze zareagowały na kryzys właściwie? Może powinny się bardziej skupić na pomocy społecznej, a nie pompowaniu miliardów w system bankowy?
- Moim zdaniem działania rządów i banków centralnych w najgorszej fazie kryzysu były odpowiednie. Ciężko przewidzieć, co by się stało, gdyby tej reakcji nie było, ale prawdopodobnie ten kryzys wyglądałby bardziej jak wielka depresja z lat 30.
Na początku kryzysu najważniejsze było właśnie odzyskanie zaufania w systemie bankowym. To bardzo ważne, bo cała światowa gospodarka opiera się na rozliczeniach międzybankowych. Jeśli kupujesz chleb w swojej ulubionej piekarni i płacisz za niego kartą płatniczą, to cała ta transakcja opiera się na wzajemnym zaufaniu. Piekarz wierzy twojemu bankowi, że przeleje pieniądze do jego banku. A w kryzysie to zaufanie pękło.
Teraz bankom już nie grozi bankructwo...
- System bankowy jest bezpieczny, musi się więc zmienić podejście rządów. Teraz jest czas na to, żeby wspierać ludzi biednych, dotkniętych bezrobociem czy wykluczonych.
Ale czy wystarczy pieniędzy dla tych naprawdę potrzebujących?
- W czasie kryzysu niemożliwe jest oczywiście tak gigantyczne wsparcie gospodarki środkami publicznymi, by całkowicie zminimalizować skutki kryzysu. Trzeba umieć kierować pomoc w te obszary, gdzie będzie ona najbardziej skuteczna.
Wiele krajów rozwijających się największy problem ma teraz z pożyczaniem pieniędzy na rynkach finansowych. To zmusza je do ograniczania wydatków. Muszą wybierać, czy dokarmiać dzieci w szkołach, czy inwestować np. w nowy port, który pozwoli na zwiększenie zagranicznego eksportu. Nie ma tu łatwych odpowiedzi. Ich szansą jest pomoc ze strony krajów bogatszych.
Zazwyczaj jeśli mamy do wyboru: pomagać swoim czy komuś innemu, wybieramy to pierwsze...
- Oczywiście w kryzysie kraje rozwinięte zazwyczaj ograniczają pomoc dla krajów rozwijających się. Choć mam nadzieję, że to się zmienia. Bank Światowy, który stara się walczyć z biedą, sam sobie z tym nie poradzi. W zeszłym roku Bank wydał czy pożyczył w sumie aż 54 mld dol., o 30 proc. więcej niż rok wcześniej. Ale to i tak kropla w morzu potrzeb.
Ale jak tu pomagać innym, skoro kraje rozwinięte same są po uszy zadłużone. Taka wydawałoby się rozwinięta gospodarka jak grecka stoi na krawędzi bankructwa i sama może za chwilę potrzebować pomocy.
- Zadłużenie to jeden z największych problemów, który będzie dotykał świat w ciągu najbliższych czterech-pięciu lat. Grecja to tylko jeden z przykładów. Długi rosną wszędzie - w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Wszystkie te kraje będą musiały dobrze wybrać moment, by odwrócić politykę, zacząć zaciskać pasa.
Ale zadłużenie się krajów rozwiniętych ma też konsekwencje dla krajów rozwijających się. Zwiększa się bowiem konkurencja o pieniądze na finansowanie. Kraje rozwinięte potrzebują biliona dolarów. Tymczasem sam deficyt Stanów Zjednoczonych przekracza bilion dolarów.
Jakie mogą być tego konsekwencje?
- Jeśli kraje rozwinięte nie będą w stanie obniżyć zadłużenia, to z pewnością wzrosną stopy procentowe na świecie. To zwiększy koszty pożyczania pieniędzy. Z naszych szacunków wynika, że wzrost gospodarczy w krajach rozwijających się może przez to być niższy rocznie nawet o 0,7 pkt proc.
Andrew Burns*: Niestety, konsekwencje kryzysu odczuwają wszyscy na własnej skórze, ale najbardziej właśnie ci najbiedniejsi. Tylko w Afryce Subsaharyjskiej co drugi mieszkaniec żyje obecnie za mniej niż 1,25 dol. dziennie. Dla mieszkańców krajów rozwiniętych to przecież kompletne grosze, niewiele ponad 3 zł.
Już w 2008 r. około 130 mln osób na świecie wpadło w biedę przez gwałtownie rosnące ceny żywności. Później ceny spadły, ale dziś i tak są dużo wyższe niż jeszcze dziesięć lat temu. To szczególny problem dla biedaków z miast, którzy żywność konsumują, ale sami jej nie produkują.
Także w Europie i Azji Środkowej kryzys gospodarczy wpędził w ubóstwo dodatkowe 10 mln osób. Chociaż tutaj poprzeczka jest wyższa - chodzi o życie za mniej niż 5 dol. dziennie.
Czy władze zareagowały na kryzys właściwie? Może powinny się bardziej skupić na pomocy społecznej, a nie pompowaniu miliardów w system bankowy?
- Moim zdaniem działania rządów i banków centralnych w najgorszej fazie kryzysu były odpowiednie. Ciężko przewidzieć, co by się stało, gdyby tej reakcji nie było, ale prawdopodobnie ten kryzys wyglądałby bardziej jak wielka depresja z lat 30.
Na początku kryzysu najważniejsze było właśnie odzyskanie zaufania w systemie bankowym. To bardzo ważne, bo cała światowa gospodarka opiera się na rozliczeniach międzybankowych. Jeśli kupujesz chleb w swojej ulubionej piekarni i płacisz za niego kartą płatniczą, to cała ta transakcja opiera się na wzajemnym zaufaniu. Piekarz wierzy twojemu bankowi, że przeleje pieniądze do jego banku. A w kryzysie to zaufanie pękło.
Teraz bankom już nie grozi bankructwo...
- System bankowy jest bezpieczny, musi się więc zmienić podejście rządów. Teraz jest czas na to, żeby wspierać ludzi biednych, dotkniętych bezrobociem czy wykluczonych.
Ale czy wystarczy pieniędzy dla tych naprawdę potrzebujących?
- W czasie kryzysu niemożliwe jest oczywiście tak gigantyczne wsparcie gospodarki środkami publicznymi, by całkowicie zminimalizować skutki kryzysu. Trzeba umieć kierować pomoc w te obszary, gdzie będzie ona najbardziej skuteczna.
Wiele krajów rozwijających się największy problem ma teraz z pożyczaniem pieniędzy na rynkach finansowych. To zmusza je do ograniczania wydatków. Muszą wybierać, czy dokarmiać dzieci w szkołach, czy inwestować np. w nowy port, który pozwoli na zwiększenie zagranicznego eksportu. Nie ma tu łatwych odpowiedzi. Ich szansą jest pomoc ze strony krajów bogatszych.
Zazwyczaj jeśli mamy do wyboru: pomagać swoim czy komuś innemu, wybieramy to pierwsze...
- Oczywiście w kryzysie kraje rozwinięte zazwyczaj ograniczają pomoc dla krajów rozwijających się. Choć mam nadzieję, że to się zmienia. Bank Światowy, który stara się walczyć z biedą, sam sobie z tym nie poradzi. W zeszłym roku Bank wydał czy pożyczył w sumie aż 54 mld dol., o 30 proc. więcej niż rok wcześniej. Ale to i tak kropla w morzu potrzeb.
Ale jak tu pomagać innym, skoro kraje rozwinięte same są po uszy zadłużone. Taka wydawałoby się rozwinięta gospodarka jak grecka stoi na krawędzi bankructwa i sama może za chwilę potrzebować pomocy.
- Zadłużenie to jeden z największych problemów, który będzie dotykał świat w ciągu najbliższych czterech-pięciu lat. Grecja to tylko jeden z przykładów. Długi rosną wszędzie - w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Wszystkie te kraje będą musiały dobrze wybrać moment, by odwrócić politykę, zacząć zaciskać pasa.
Ale zadłużenie się krajów rozwiniętych ma też konsekwencje dla krajów rozwijających się. Zwiększa się bowiem konkurencja o pieniądze na finansowanie. Kraje rozwinięte potrzebują biliona dolarów. Tymczasem sam deficyt Stanów Zjednoczonych przekracza bilion dolarów.
Jakie mogą być tego konsekwencje?
- Jeśli kraje rozwinięte nie będą w stanie obniżyć zadłużenia, to z pewnością wzrosną stopy procentowe na świecie. To zwiększy koszty pożyczania pieniędzy. Z naszych szacunków wynika, że wzrost gospodarczy w krajach rozwijających się może przez to być niższy rocznie nawet o 0,7 pkt proc.
Źródło: Gazeta Wyborcza
1
2
następne »
Już dziś PRACA dla Ciebie -
Internetowe Targi Pracy
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
3.5
27 głosów
Przeczytaj 50 komentarzy na Forum
Wyborcza.biz poleca
BIZNES LUDZIE PIENIĄDZE

Jeśli buty to za 50 zł. Polacy kupują tanio, ale się nie przyznają
WYWIAD Z CEGIELSKIM

W Azji biznes robi się od kuchni. Od frontu wchodzą giganty
PRZEŚWIETLAMY REKLAMY

W Play Fresh stan darmowy... nie jest darmowy
Edukacja w finansach

Jak nasze oszczędności powinny na siebie zarabiać
Rynki
Indeksy
- WIG20*WIG20-0.38%
- WIG20*mWIG40+0.61%
- WIG20*sWIG80+0.25%
- WIG20*WIG+0.03%










