Biznes Ludzie Pieniądze

Kariera z Doliny Krzemowej. Tu nie ma wolnego czasu

Rozmawiała Krystyna Naszkowska
2010-02-15, ostatnia aktualizacja 2010-02-14 23:24

Tu nie ma marginesu na srebrny czy brązowy medal, liczy się tylko pierwsze miejsce. Jeżeli do budowy komputera zatrudni się inżynierów drugiej klasy, to oni stworzą komputer drugiej klasy - mówi Marek Hołyński*

Marek Hołyński, prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego i dyrektor Instytutu Maszyn Matematycznych
Fot. Wojciech Olkuonik / AG
Marek Hołyński, prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego i dyrektor Instytutu Maszyn Matematycznych
Krystyna Naszkowska: Jak się mieszka w Dolinie Krzemowej?

Marek Hołyński: Wygodnie. To jest trochę jak mieszkanie w wielkim ogrodzie. Dookoła zielone wzgórza, nie widać żadnych kominów, hal fabrycznych, tylko luźna zabudowa, nowoczesna architektura, korty tenisowe, baseny, mnóstwo zieleni. Śnieg nigdy nie pada, w zimie temperatura nie spada poniżej 5 st.

A kina, teatr? Jak się spędza wolny czas?

- Nie spędza się, bo go nie ma. Pracuje się po 14 godzin na dobę. Jeśli się szybko nie zrobi jakiegoś projektu, to konkurencja nas wyprzedzi.

W weekendy też się pracuje?

- Oczywiście.

A kodeks pracy?

- Jaki kodeks? Jeżeli ktoś nie chce tak pracować, to może odejść. Średni czas pobytu w Dolinie to osiem lat, ja byłem dziewięć. Są różne scenariusze - są tacy, co zostają, ale nie mogą się dalej ścigać i przechodzą na menedżerskie stanowiska, są tacy, co rzucają wszystko i idą na emeryturę w wieku lat 30-35. Ja byłem tam jednym ze starszych ludzi.

Miał pan poczucie, że bierze udział w wyścigu?

- No tak. To była presja, nieustanne ściganie się z czasem, by inni nas nie wyprzedzili.

W Polsce o wyścigu zawodowym zaczęto mówić grubo po pana wyjeździe. Jak się pan odnalazł w tym środowisku?

- Bez trudu. Większość współpracowników miała podobne do mojej historie życiowe. W ostatniej grupie, którą prowadziłem, na 23 osoby tylko jedna urodziła się w Stanach. Dolina zasysa najbardziej prężnych ludzi.

Jak zassała pana?

- W 1970 r. skończyłem elektronikę na Politechnice Warszawskiej, ale zawsze interesowałem się sztuką współczesną. W liceum należałem do koła miłośników sztuki przy Zachęcie. Na studiach tej sztuki nie było za dużo, ale jak się pojawiła grafika komputerowa, to dla mnie to był rodzaj sztuki. Od razu się nią zająłem. W latach 70. napisałem jedną z pierwszych książek o grafice komputerowej pt. "Sztuka a komputer". Zaczęto mnie zapraszać z wykładami na zagraniczne uniwersytety, a w 1979 r. pojechałem na rok na uniwersytet w Bloomington, gdzie pracowano nad projektem, który miał pozwolić na zdalne nauczanie za pomocą komputera.

Ale po roku wrócił pan do Polski.

- Tak, kiedy skończył się grant. Tym chętniej, że wtedy w Polsce zrobiło się ciekawie, bo powstała "Solidarność". Ale w 1981 r. dwóch kolegów, którzy pracowali ze mną w Bloomington, napisało, że dostali propozycję kontynuowania prac na najsłynniejszym uniwersytecie technicznym świata, czyli MIT. I zaprosili mnie do współpracy. Mnie się nie bardzo chciało wyjeżdżać, ale MIT się nie odmawia. Wyjechałem we wrześniu 1981 r. z planami, że za pół roku wrócę.

Ale wybuchł stan wojenny...

- I postanowiłem nie wracać. W Stanach grafika komputerowa zaczęła się akurat robić znana, potrzebowali ludzi, którzy mieli o niej jakieś pojęcie, więc przedłużyli mi grant na kolejny semestr. A potem poprosili, bym uczył studentów na MIT i na pobliskim uniwersytecie bostońskim. I tak uczyłem aż do 1989 r. MIT to specyficzne miejsce. To instytut, tam jest więcej pracowników naukowych niż studentów. Utrzymuje się głównie z tego, że bierze zlecenia badawcze z wojska, przemysłu, od agencji rządowych, np. od NASA. W zasadzie MIT żyje z tych zleceń.

I nagle w 1989 r. zgłosili się do mnie ludzie z Doliny Krzemowej z firmy Silicon Graphics. Wtedy nie była to duża firma, zatrudniała ok. 300 osób, ale pracowali dla NASA. Robili np. symulacje lotów sondy Voyager.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Zobacz więcej na temat:

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.6

144 głosy