Biznes Ludzie Pieniądze

Śląskie górnictwo w dołku przez import, straty i związki

Tomasz Głogowski, Rafał Zasuń, współpraca Sławomir Sowula
2010-03-09, ostatnia aktualizacja 2010-03-07 19:59

Ten rok będzie bardzo ciężki dla śląskiego górnictwa. Kopalnie planują straty idące w setki milionów złotych, rośnie import tańszego węgla z zagranicy, a górnicze związki nie chcą słyszeć o zaciskaniu pasa

Takie bilbordy miały poprawić wizerunek górników, ale zamiast w Warszawie, wisiały na Śląsku.
Dawid Chalimoniuk
Takie bilbordy miały poprawić wizerunek górników, ale zamiast w Warszawie, wisiały na Śląsku.
W grudniu 2009 r. na Śląsku zawisły billboardy z górnikiem oświetlającym lampką z kasku warszawski Pałac Kultury. Miały poprawić fatalną opinię o górnictwie jako branży. Dopiero potem zaczęto się zastanawiać, dlaczego właściwie w regionie, który najlepiej zna górników, a nie w Warszawie czy Wrocławiu. A przecież to właśnie w stolicy po kolejnych górniczych manifestacjach mieszkańcy zadają sobie pytanie: "Czemu mam dopłacać do kopalń?". Jeśli komuś należałoby uświadomić rolę, jaką węgiel kamienny odgrywa w gospodarce, to właśnie warszawiakom, a nie Ślązakom. W końcu billboardy w Warszawie zawisły... w liczbie sześciu.

Brak pomysłu na kampanię promocyjną to jednak pestka w porównaniu z kompletnym brakiem koncepcji, co dalej robić z branżą.

Kryzys zaatakuje z opóźnieniem

Kompania Węglowa, największa górnicza firma w Europie, zarobiła w zeszłym roku 38 mln zł. Ale tegoroczne prognozy nie są już dla KW tak optymistyczne. W ujawnionym niedawno planie techniczno-ekonomicznym firma założyła, że w 2010 roku może zanotować około 200 mln zł strat. I choć zarząd tłumaczył, że to tylko ostrożne założenia spowodowane m.in. koniecznością stworzenia rezerwy na podatek od podziemnych wyrobisk (spółki spierają się o to z samorządami), związkowcy podnieśli larum. Ich zdaniem firma nie potrafi poradzić sobie z rosnącą konkurencją ze strony importerów i zaplanować sprzedaży na rynek krajowy. Domagają się podwyżek płac i przyjęć do pracy nowych górników.

Druga największa firma górnicza - Katowicki Holding Węglowy - zarobiła w zeszłym roku 87 mln zł. W 2008, gdy ceny węgla biły światowe rekordy, zaledwie 7 mln zł. Planów na przyszły rok holding nie ujawnia.

Najgorzej w zeszłym roku radziła sobie Jastrzębska Spółka Węglowa, która wydobywa węgiel koksujący potrzebny do produkcji stali. Przyniosła 340 mln zł strat. Ale mogło być jeszcze gorzej, bo w połowie 2009 roku wydawało się, że spółka zamknie rok z półmiliardową stratą.

- Gdybyśmy nie natrafili na potężny opór związków zawodowych, udałoby się odrobić straty - przekonuje Jarosław Zagórowski, prezes JSW. Ale jego zdaniem ważniejsze od zysku są strategiczne inwestycje.

Węgiel jest, ale pieniędzy nie ma

A to pięta achillesowa całej branży. Z wydobywanego metodą głębinową węgla kamiennego produkujemy 55 proc. prądu. Reszta przypada na węgiel brunatny - wydobywany odkrywkowo, znacznie tańszy - oraz nieliczne źródła odnawialne. Energetycy i rząd uważają, że węgiel kamienny wciąż będzie najważniejszym nośnikiem energii. Ma być nim zasilana większość nowych elektrowni, które powinny zastąpić dożywające właśnie swoich dni, wybudowane jeszcze w głębokim PRL. Ale zanim buldożery wyjadą na place budów, firmy energetyczne muszą wiedzieć, czy polityka klimatyczna UE w ogóle nie wyeliminuje węgla jako paliwa, a ponadto, ile węgla kopalnie będą w stanie dostarczyć i po jakiej cenie.

Tymczasem prognozy są zatrważające. Powoli kończą się nam stare, eksploatowane obecnie złoża węgla. Wydobywamy teraz ok. 70 mln ton węgla energetycznego rocznie. Według prognoz Głównego Instytutu Górnictwa, jeśli kopalnie nie zainwestują w nowe pokłady węgla, to w 2030 r. wydobycie spadnie poniżej 40 mln ton. Żeby inwestować w nowe złoża, trzeba pieniędzy - ok. 19,5 mld zł. Miały być wydane do 2015 r., ale już wiadomo, że to nierealne.

Pieniądze są w bankach. Jednak te od lat podchodzą do górnictwa jak pies do jeża. - Nie wiem, dlaczego tak jest, i sami się temu dziwimy - mówi Stanisław Gajos, prezes Katowickiego Holdingu Węglowego. - Czy ktoś widział ostatnio kopalnię albo spółkę węglową, która nie spłaciłaby kredytu bankowego? Zdarza się nawet, że wstrzymujemy płatności dostawcom, by tylko zadowolić bankowców - przekonuje prezes Gajos. Banki przez cały czas zaliczają kopalnie do zakładów "zwiększonego ryzyka" i zdaniem prezesa Gajosa podnoszą im poprzeczkę: podwyższają oprocentowanie lub żądają dodatkowych zabezpieczeń. Nie mogąc dostać kredytu, kopalnie biorą maszyny górnicze w leasing.

- W głowach bankowców utrwalił się stereotyp, że górnictwo to ryzykowna branża, i nie patrzą już nawet na wyniki ekonomiczne. A przecież w zeszłym roku, gdy panował kryzys, tylko Jastrzębska Spółka Węglowa zanotowała straty - mówi Wacław Czerkawski, wiceszef Związku Zawodowego Górników w Polsce.

Ale bankowcy patrzą także na inne wskaźniki ekonomiczne, zwłaszcza tzw. płynność finansową. Mówi ona, ile pieniędzy w kasie ma firma, żeby na bieżąco spłacać zobowiązania. A z tym jest źle, a będzie jeszcze gorzej.

Nieufność pomiędzy bankami a spółkami węglowymi wzmaga też sprawa słynnych opcji walutowych. Wiosną tego roku okazało się, że spółki mogły na tzw. opcjach walutowych (popularny sposób zabezpieczania się firm przed ryzykiem kursowym) stracić nawet kilkaset milionów złotych.

Gdy pojawiły się plotki, że opcje mogą zagrozić istnieniu spółek węglowych, kilka central chciało zorganizować pod siedzibami banków demonstracje. W ostatniej chwili liderzy ostudzili zapały górniczych dołów. - Zrezygnowaliśmy, bo sprawa łatwo mogła wymknąć się spod kontroli i nie wypłacilibyśmy się za zniszczenia - mówi jeden ze związkowców, ale dodaje, że żaden bank nigdy nie pozbawi górników miejsc pracy.

Ale żadna demonstracja nie zmusi banku, by dał kopalni wielomiliardowy kredyt. - Kto wejdzie w kompletnie nieprzewidywalny układ kontrolowany przez związki zawodowe, który bez przerwy będzie powodował "opór materii"? - pytał w "Gazecie" Maciej Stańczuk, szef niemieckiego banku WestLB, który finansuje m.in. polską energetykę, ale o górnictwie nie chce słyszeć.

Skoro nie banki, to może groszem sypną energetycy, którzy przecież powinni być zainteresowani rozwojem kopalń? Katowicki Holding Węglowy próbował sprzedać im "obligacje węglowe" warte 900 mln zł. Udało się sprzedać papiery tylko za 300 mln zł, a kupiły je głównie firmy sprzedające maszyny górnicze. - Wierzę w węgiel, ale to nie musi być polski węgiel - skwitował nieszczęsną emisję szef polskiej spółki zagranicznego koncernu energetycznego.

A "niepolski" węgiel zdobywa na naszym rynku kolejne przyczółki. W 2009 r. nasz kraj po raz pierwszy w historii importował więcej węgla, niż sprzedał za granicę. Było to 10 mln ton, w tym roku może być już 12 mln. Mocno usadowił się u nas rosyjski SUEK, pojawił się też ukraiński DTEK. Obie spółki są prywatne, mają niższe koszty wydobycia niż nasze kopalnie, a stoją za nimi bogaci wschodni oligarchowie.

Kosztem 40 mln euro powstanie na terenie kupionego przez Belgów Portu Północnego w Gdańsku specjalny terminal do rozładowywania węgla przywożonego na statkach. Będzie mógł przeładować co najmniej 12 mln ton węgla. A śląscy związkowcy na zagraniczną konkurencję mają tylko jedną receptę - zakazy. Wysłali pismo do premiera Donalda Tuska, w którym domagają się ograniczenia importu. Już raz górnicy wymusili na rządzie wprowadzenie ceł zaporowych na rosyjski węgiel w 2000 r. Dziś jednak w całej UE cła może wprowadzić jedynie Komisja Europejska i Rada UE. Poza Polską nie jest nimi zainteresowany żaden kraj Unii - wszyscy sprowadzają węgiel, a 30?proc. importu pochodzi z Rosji.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.3

52 głosy