Łyszkowice - niewielka miejscowość niedaleko trasy z Łodzi do Warszawy. Stolica siedmiotysięcznej gminy, której
budżet to niecałe 17 mln zł. Większość mieszkańców żyje z rolnictwa,
bezrobocie sięga 8 proc.
Czytaj także: COVEC w Krakowie nie dał rady zbudować dużego centrum Firma Farmaceutyczna "Altana Pharma" wybudowała tu zakład produkcyjny, a gmina - oczyszczalnię ścieków, nową szkołę i przedszkole. I jeszcze stadion, który otwierał sam Zbigniew Boniek.
W samych Łyszkowicach mieszka 1,4 tys. osób. - Z Chińczykami było ze 2 tys. - mówi Włodzimierz Traut, wójt gminy.
Pierwsi Azjaci we wsi pojawili się w maju 2010 roku - kilka miesięcy przed wbiciem łopaty na A2. Robili rozeznanie, pomiary i szukali podwykonawców.
Czytaj także: Chińczycy chcą wrócić na A2. Ale chcą więcej pieniędzy Na początek wzięli od gminy stare przedszkole. - Było ruiną. Na jego utrzymywanie szkoda było pieniędzy, chcieliśmy je sprzedać. Ale Chińczycy powiedzieli, że wynajmą budynek. Odnowią i jeszcze zapłacą - mówi Włodzimierz Traut, wójt gminy.
W październiku zaczęły się prace, do Łyszkowic zaczęły zjeżdżać grupy Azjatów. W przedszkolu szybko zabrakło miejsca, więc wynajęli starą szkołę. I plac w centrum miasta, na którym stanęły kontenery dla robotników. I jeszcze pole pod skład materiałów budowlanych.
- Za przedszkole płacą miesięcznie 7 tys., za szkołę - 5, a za plac - 3, to razem - 15 - podlicza wójt. - A pole pod materiały wynajęliśmy im na rok za 35 tys. zł. Sami zaproponowali tę stawkę. Nikt inny by tyle nie zapłacił!
Nie tylko wójt chwali Chińczyków. W miasteczku nikt nie powie na nich złego słowa. - Bardzo porządni, sympatyczni i spokojni ludzie. Język nie był problemem. Mieliśmy niezły ubaw, dogadując się na migi - mówi pani Grażyna, która wynajmowała Azjatom pokój. Bo przyjechało ich tylu, że brakło miejsc nawet w kontenerach. - Miałam wolny pokój po dzieciach, już dorosły i wyjechały za pracą do Warszawy. Wstawiłam dwa tapczaniki, łóżko polowe i starą szafkę, żeby mieli na ubrania. Nigdy nie narzekali i zawsze płacili w terminie. I nie chcieli żadnych rachunków ani innych takich papierków - dodaje.
I choć Łyszkowice nie są żadnym znanym kurortem turystycznym, ceny za nocleg były podobne. Płaci się za łóżko - w pokoju zazwyczaj daje się zmieścić trzy-cztery leżanki. - Początkowo braliśmy 30 zł od łóżka. Na dobę. Ale szybko zrobiła się konkurencja. Gdy sąsiedzi zobaczyli, jaki to biznes, nagle wszyscy stali się hotelarzami. Wypuszczali pokoje, a sami tłoczyli się całą rodziną w jednym pomieszczeniu. Trzeba było zejść z ceny. Teraz bierzemy tylko po 15 zł od łóżka - opowiada pan Grzegorz, który jeszcze ma "na hotelu" czterech Chińczyków.
W sklepie też dzięki Azjatom wzrosły obroty. - Spożywczych rzeczy raczej nie kupują, bo mają swoją stołówkę. Ale przychodzą po coca-colę i chipsy. Uwielbiają je - opowiadają sprzedawczynie.
Stołówkę Chińczycy urządzili w wynajętym od prywatnego właściciela budynku po byłym GS-ie. Wstawili plastikowe stoliki i zbite z desek ławki. Na parapecie stanęły w rządku miski, w każdej komplet pałeczek.
Jeszcze niedawno do budynku co chwilę wchodziły i wychodziły grupki chińskich robotników. Część jadła na miejscu, pozostali brali specjały szefa kuchni - dla siebie i kolegów - na budowę. Bo szkoda czasu na zbędne chodzenie. Co ważniejsi podjeżdżali pod stołówkę terenowymi
samochodami.
W połowie maja wszystko się zmieniło. Polsko-chińskie konsorcjum przestało płacić polskim podwykonawcom, a ci zablokowali biuro budowy. Kilkanaście osób chodziło po przejściu dla pieszych z transparentami: "Chińczycy nie płacą". - To był pierwszy protest w Łyszkowicach, jaki pamiętam - mówi wójt. - Mieliśmy nadzieję, że jeszcze wszystko się wyjaśni i budowa będzie kontynuowana.
Było jednak coraz gorzej. Brakowało pieniędzy na materiały, podwykonawcy zaczęli zabierać maszyny. Chińscy robotnicy, którzy opuścili rodziny i przyjechali do Polski zarobić na ich utrzymanie, mieli coraz mniej pracy. - Zaczęli robić się nerwowi. Nam tego nie okazywali, ale było słychać, jak rozmawiali między sobą - opowiada pani Grażyna.
Azjatów coraz częściej można było spotkać snujących się bez celu po ulicach miasteczka. W chińskiej stołówce - obok ław - stanął stół do ping-ponga.
Brak pracy to dla robotników brak pieniędzy. - Jednemu się poszczęściło. Sąsiad wziął go do rozebrania płotu. Robotnik chciał za pracę 5 zł, sąsiad dał mu 20 - opowiada Robert, który grał z Chińczykami w piłkę.
Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad o zerwaniu kontraktu z chińskim konsorcjum poinformowała w poniedziałek, 13 czerwca. W miasteczku, o tym, że Chińczycy wyjadą, wiedzieli już cztery dni wcześniej. - Zaczęli pakować się i wywozić komputery z biur. Później ciężarówki przyjechały po blaszane kontenery, w których mieszkali robotnicy. Właściciel starego GS-u szykuje lokal do remontu. Przy wejściu, gdzie jeszcze kilka dni temu składowano warzywa i ryż dla budowlańców, teraz leżą worki z cementem, wiertarki i kielnie.
- Oczywiście, że będzie nam ich brakowało. Dali zarobić mieszkańcom. Od razu to widać na ulicy. Zaczęły się remonty domów i
samochody jeżdżą ładniejsze. Dla gminy każdy grosz się liczy, bo w planach mamy budowę kanalizacji za 8 mln. Chcemy podłączyć do niej wszystkich mieszkańców. A i niektórym drogom też przydałby się remont - smuci się Traut. Na sierpień planował zorganizować polsko-chiński mecz o puchar wójta. - Teraz nic z tego nie będzie.
Ma nadzieję, że nawet bez Chińczyków A2 i węzeł autostradowy w Łyszkowicach powstaną, i to szybko. Bo, choć drogi jeszcze nie widać, gmina już sprzedaje tereny inwestycyjne. Hurtownia leków kupiła 4 ha pod halę, o grunty przy zjeździe z autostrady pytają też inni. - Za dziesięć lat będziemy najbogatszą gminą w powiecie - prorokuje wójt.