Podjęli się zadania znacznie bardziej karkołomnego: prognozy, jak świat będzie wyglądał za 20 lat. - Czy siedziba Międzynarodowego Funduszu Walutowego, o ile ten będzie jeszcze istniał, nadal będzie w Waszyngtonie? Czy tam nadal będzie finansowe centrum świata? - prowokująco pytał prowadzący dyskusję prof. Krzysztof Rybiński, partner w Ernst & Young, były wiceprezes NBP.
- Niekoniecznie! - odpowiedział Peter Schiff, amerykański ekonomista (jeden z nielicznych, który zdołał przewidzieć obecny kryzys). - W 2030 r. dolar nie będzie już główną walutą świata. I znikną dysproporcje takie jak dziś, gdy USA pożyczają na świecie biliony dolarów i wszystko wydają na konsumpcję, nie na inwestycje - powiedział Schiff.
A to był dopiero początek jego miażdżącej krytyki obecnej polityki prowadzonej przez administrację prezydenta Baracka Obamy. - To, co się dziś dzieje w USA, przypomina politykę władz PRL przed upadkiem komunizmu. Jeśli będziemy nadal iść w stronę gospodarki centralnie sterowanej, tak jak to robią władze amerykańskie, naprawdę nie wiem, gdzie to się może skończyć. Być może przekształcimy się w republikę bananową. Granica Ameryki Łacińskiej może się przenieść na granicę kanadyjską - alarmował.
Jego zdaniem spodziewany upadek dolara (jako światowej waluty) wcale nie oznacza, że ekonomia światowa się zatrzyma. Gdy dolar straci siłę, zyskają je inne waluty. Wzmocni się chiński juan. - Gdy juan zacznie się umacniać, Chiny zaczną konsumować swoją produkcję, a nie tylko ją eksportować, Chińczycy wreszcie skorzystają z owoców swojej pracy - podkreślił amerykański ekonomista.
Więcej nadziei dał Amerykanom prof. Edmund Phelps, laureat Nagrody Nobla z 2006 r. - To, co zobaczymy w ciągu następnych 10, 20 lat, to stopniowe zmniejszenie siły gospodarki amerykańskiej. Ale USA pozostaną liderem gospodarczym, liderem innowacji. Choć ich słabości są widoczne - powiedział. Zdaniem Phelpsa na światowej mapie gospodarczej jednym z jasnych punktów za dwadzieścia lat może być Europa Wschodnia. - Będziemy świadkami bardzo szybkiego wzrostu, doganiania gospodarek zachodnich.
Podobnym optymistą, jeśli chodzi o Europę, jest Wolfgang Clement, niemiecki polityk, przewodniczący forum UE - Rosja. - Wierzę w to, że w 2030 r. nie będziemy już mówić o Europie Zachodniej i Wschodniej. Będziemy mówić, będziemy działać jako Stany Zjednoczone Europy.
Czas na nową ekonomię
Ekonomiści są pewni już dziś, że kryzys zmusi do rewizji nauki ekonomicznej, która - w pewnym stopniu - zawiodła w obecnym kryzysie. Phelps: - Czeka nas radykalna reforma ekonomii. Nowe zasady. I nie chodzi o to, że ta nowa ekonomia będzie mówić: ludzie są szaleni i zachowują się psychotycznie. Nowa ekonomia przyzna, że żyjemy w świecie, którego mechanizmów nie do końca rozumiemy, podobnie jak wszystkich konsekwencji naszych obecnych decyzji.
Bardziej radykalny był Schiff: - Dlaczego tak niewielu ekonomistów nie potrafiło przewidzieć kryzysu? Bo soczewki, przez które patrzą, są popsute. Cała makroekonomia to w dużej mierze nieporozumienie, bo opiera się na założeniach Keynesa. A keynesizm ma się tak do ekonomii, jak astrologia do astronomii - stwierdził Schiff. - Ludzie muszą wreszcie zrozumieć, że gospodarki się nie opierają na konsumowaniu, ale na oszczędzaniu. Wzrost gospodarczy jest możliwy dzięki oszczędnościom. Nasz system nazywa się kapitalizm. To słowo pochodzi od kapitału!
Kryzys jest dobry?
Forum Ekonomiczne w Krynicy nie dało jasnej odpowiedzi na to, kiedy kryzys gospodarczy się skończy. Ale w trakcie trzech dni dyskusji dało kilka świeżych spojrzeń na obecne kłopoty gospodarcze. Niekiedy - bardzo kontrowersyjnych i zaskakujących. - Recesje nie są złe! To są lekarstwa na błędy, które popełniają rządy. Nie powinniśmy walczyć z recesją, powinniśmy pozwolić im biec swoim naturalnym kosztem - komentował Schiff.
Dzień wcześniej niemal dokładnie to samo powiedział jeden z uczestników panelu gospodarczego. - Powiem coś bardzo niepopularnego. Kryzys jest dobry! - mówił Zsolt Hernádi, prezes węgierskiego koncernu naftowego MOL, największego w regionie. - Kryzys jest dobry, bo skłania do rozsądnych działań, do oszczędności, porzucenia rozdmuchanych, zbyt ambitnych planów. Kiedy koniunktura jest bardzo dobra, można łatwo stracić zdrowy rozsądek - dodał Hernádi.
W podobnym tonie mówił wiceminister skarbu Mikołaj Budzanowski. - Kryzys skłania, by zajrzeć do środka firm, zobaczyć, co się w nich naprawdę dzieje - stwierdził. Skarb państwa to właśnie zrobił: nakazał kontrolowanym przez siebie spółkom - takim jak choćby PKN Orlen - by pozbyły się wszystkich spółek-córek, które nie są związane z podstawową działalnością. - Bo po co spółce naftowej udziały w sieci hoteli? - pytał retorycznie Budzanowski.
Orlen polecenie swojego głównego akcjonariusza wypełnia. Sprzedaje spółki-córki. A do końca roku - jak powiedział "Gazecie" prezes koncernu Jacek Krawiec - chce sprzedać firmę chemiczną Anwil i swoje udziały w operatorze telefonii komórkowej Polkomtel. Zyski ze sprzedaży (być może nawet 5 mld zł) pójdą na spłatę gigantycznego zadłużenia Orlenu. To zadłużenie pochodzi z czasów prosperity, gdy firma puchła jak balon, kupując, co się da i gdzie się da.