, ostatnia aktualizacja 2011-07-13 22:15:42.0
Wierząc w swoje konstytucyjne prawo dostępu do informacji publicznej, zwróciłem się do prezydenta RP o udostępnienie opinii konstytucjonalistów o ustawie o OFE. Odmówiono mi, powołując się na "przyjętą w Kancelarii Prezydenta jednolitą praktykę". Nie pozostawiono mi więc innej drogi, niż skierować sprawę na drogę sądową, co też czynię. Czy jednak tak powinna wyglądać przejrzystość sprawowania najwyższych urzędów, że obywatel zmuszony jest dochodzić swojego prawa do informacji w sądzie?
W kwietniu, powołując się na "rzetelne ekspertyzy prawne", prezydent RP i jego doradcy ignorowali zastrzeżenia konstytucjonalistów zgłaszane wobec czekającej wtedy na podpis prezydenta ustawy o OFE. Powstała istotna asymetria w dostępie społeczeństwa do informacji. Z jednej strony publicznie podawane były argumenty sceptyków, z drugiej odnoszono się do kontrargumentów, których treści ani autorów opinia publiczna nigdy nie poznała. Proces tworzenia prawa wymaga, by w świetle dziennym konfrontowane były argumenty obu stron.
Nie powinniśmy się zgadzać na status quo, w ramach którego prezydent oczekuje, że będziemy wierzyć mu na słowo, że argumenty, z którymi się nie zgodził, są nieprzekonywające. Jeśli demokracja opiera się na patrzeniu władzy na ręce, to jak nazwać chowanie przez władzę rąk pod stół?
Tu nie chodzi o OFE
W pewnym sensie dobrze się stało, że lekceważenie konstytucyjnego prawa dostępu do informacji publicznej przez polską administrację zyskało tak wyraźną ilustrację jak sprawa OFE. Być może potrzebny jest głośny przypadek, by zwrócić uwagę na problem, z którym co dzień borykają się dziennikarze, przedstawiciele organizacji pozarządowych i zwykli obywatele. A problem istnieje. Przykładowo, w trakcie badania przeprowadzonego w 2010 r. na zlecenie Pozarządowego Centrum Dostępu do Informacji Publicznej 78 proc. badanych podmiotów w ogóle nie odpowiedziało na wnioski o udostępnienie informacji publicznej.
Tu nie chodzi o konkretną ustawę, ale o arogancję władzy i nieposzanowanie prawa. Art. 61 konstytucji ustanawiający prawo dostępu do informacji zdaje się być przepisem martwym, gdy słyszymy prezydencką minister Irenę Wójcicką twierdzącą, że ekspertyz nie udostępni, gdyż "nie ma takiej praktyki" i doradcę prezydenta Jerzego Osiatyńskiego, którego zdaniem "jest coś niestosownego w żądaniu ujawniania". To zwyczaj tajności jest czymś niestosownym i czas najwyższy, by sprawujący władzę to zrozumieli.
Sąd to sprawiedliwość odroczona i kosztowna
Brak wiedzy na temat obowiązku i procedury udostępniania informacji publicznej wykazują zarówno urzędnicy wysokiego szczebla, jak i politycy. Jak kiepski żart brzmi wypowiedź Julii Pitery, która jeszcze w kwietniu stwierdziła, że gdyby Leszek Balcerowicz "nie nagłaśniał tak tej sprawy, tylko poczekał na wyrok NSA, to już miałby dokumenty". Julia Pitera zapomina, że niemożliwe jest, by w dwa tygodnie uzyskać rozstrzygnięcie sądu w sprawie o dostęp do informacji publicznej. Nawet jednak gdyby takie postępowanie trwało tylko 2-3 miesiące, a wyrok sądu pierwszej instancji nie został zaskarżony, to nie jest to sytuacja pożądana. Na myśl przychodzi maksyma anglosaskich prawników: "sprawiedliwość odroczona to sprawiedliwość, której odmówiono".
Druga kwestia, to zasada bezpłatności dostępu obywatela do informacji publicznej, którą przyjęto w polskim prawie. Jest to niewątpliwie rozwiązanie słuszne, szczególnie w odniesieniu do informacji o procesie tworzenia prawa. Gdy jednak obywatel musi dochodzić prawa do informacji w sądzie, bezpłatność staje się już tylko iluzją. Pomijając już samą kwestię opłat sądowych i zatrudnienia adwokata - w sytuacji gdy obywatel musi poświęcić dużo czasu na sądowe batalie, oczekiwać można rozsądnie jednej postawy po jego stronie - rezygnacji.
Dlaczego idę do sądu z prezydentem?
Idę do sądu, gdyż wierzę, że obywatele zasługują na więcej niż tajność i arogancję, a społeczeństwo obywatelskie potrzebuje instrumentów realnej kontroli poczynań władzy, by pełnić swoją funkcję. Przypuszczam, że nikt już dziś na poważnie nie twierdzi, że prawo powinno być tworzone w tajemnicy. Sukcesem będzie to, jeśli dzięki tej sprawie uda się zwrócić uwagę opinii publicznej na problemy przy stosowaniu narzędzi dostępu do informacji publicznej w procesie tworzenia prawa.
Nie powinniśmy się zgadzać na status quo, w ramach którego prezydent oczekuje, że będziemy wierzyć mu na słowo, że argumenty, z którymi się nie zgodził, są nieprzekonywające. Jeśli demokracja opiera się na patrzeniu władzy na ręce, to jak nazwać chowanie przez władzę rąk pod stół?
Tu nie chodzi o OFE
W pewnym sensie dobrze się stało, że lekceważenie konstytucyjnego prawa dostępu do informacji publicznej przez polską administrację zyskało tak wyraźną ilustrację jak sprawa OFE. Być może potrzebny jest głośny przypadek, by zwrócić uwagę na problem, z którym co dzień borykają się dziennikarze, przedstawiciele organizacji pozarządowych i zwykli obywatele. A problem istnieje. Przykładowo, w trakcie badania przeprowadzonego w 2010 r. na zlecenie Pozarządowego Centrum Dostępu do Informacji Publicznej 78 proc. badanych podmiotów w ogóle nie odpowiedziało na wnioski o udostępnienie informacji publicznej.
Tu nie chodzi o konkretną ustawę, ale o arogancję władzy i nieposzanowanie prawa. Art. 61 konstytucji ustanawiający prawo dostępu do informacji zdaje się być przepisem martwym, gdy słyszymy prezydencką minister Irenę Wójcicką twierdzącą, że ekspertyz nie udostępni, gdyż "nie ma takiej praktyki" i doradcę prezydenta Jerzego Osiatyńskiego, którego zdaniem "jest coś niestosownego w żądaniu ujawniania". To zwyczaj tajności jest czymś niestosownym i czas najwyższy, by sprawujący władzę to zrozumieli.
Sąd to sprawiedliwość odroczona i kosztowna
Brak wiedzy na temat obowiązku i procedury udostępniania informacji publicznej wykazują zarówno urzędnicy wysokiego szczebla, jak i politycy. Jak kiepski żart brzmi wypowiedź Julii Pitery, która jeszcze w kwietniu stwierdziła, że gdyby Leszek Balcerowicz "nie nagłaśniał tak tej sprawy, tylko poczekał na wyrok NSA, to już miałby dokumenty". Julia Pitera zapomina, że niemożliwe jest, by w dwa tygodnie uzyskać rozstrzygnięcie sądu w sprawie o dostęp do informacji publicznej. Nawet jednak gdyby takie postępowanie trwało tylko 2-3 miesiące, a wyrok sądu pierwszej instancji nie został zaskarżony, to nie jest to sytuacja pożądana. Na myśl przychodzi maksyma anglosaskich prawników: "sprawiedliwość odroczona to sprawiedliwość, której odmówiono".
Druga kwestia, to zasada bezpłatności dostępu obywatela do informacji publicznej, którą przyjęto w polskim prawie. Jest to niewątpliwie rozwiązanie słuszne, szczególnie w odniesieniu do informacji o procesie tworzenia prawa. Gdy jednak obywatel musi dochodzić prawa do informacji w sądzie, bezpłatność staje się już tylko iluzją. Pomijając już samą kwestię opłat sądowych i zatrudnienia adwokata - w sytuacji gdy obywatel musi poświęcić dużo czasu na sądowe batalie, oczekiwać można rozsądnie jednej postawy po jego stronie - rezygnacji.
Dlaczego idę do sądu z prezydentem?
Idę do sądu, gdyż wierzę, że obywatele zasługują na więcej niż tajność i arogancję, a społeczeństwo obywatelskie potrzebuje instrumentów realnej kontroli poczynań władzy, by pełnić swoją funkcję. Przypuszczam, że nikt już dziś na poważnie nie twierdzi, że prawo powinno być tworzone w tajemnicy. Sukcesem będzie to, jeśli dzięki tej sprawie uda się zwrócić uwagę opinii publicznej na problemy przy stosowaniu narzędzi dostępu do informacji publicznej w procesie tworzenia prawa.
