Po śmierci żony, która zginęła w wypadku samochodowym, mężczyzna został sam z dwiema córkami. Towarzystwo ubezpieczeniowe, w którym sprawca miał polisę OC, wypłaciło po 5 tys. zł zadośćuczynienia córkom, mężowi – ani grosza. Sąd uznał, że to za mało. Przyznał 250 tys. zł zadośćuczynienia za ból i cierpienia w związku ze śmiercią matki i żony.

Do procesu by nie doszło, gdyby nie kancelaria zajmująca się odzyskiwaniem odszkodowań od ubezpieczycieli. Jej przedstawiciel odwiedził rodzinę kilka dni po wypadku. Pytał, czy już wiedzą, co z odszkodowaniem. Skąd dowiedział się o tragedii? Ubezpieczyciele powiedzieliby, że od personelu szpitala lub firmy pogrzebowej.

To znane i szeroko opisywane praktyki kancelarii. Wzdłuż siódemki z Warszawy do Gdańska czy innych podobnie śmiertelnych dróg w Polsce nie ma podobno domu, którego przedstawiciele odszkodowawczy by nie odwiedzili, czy to szukając poszkodowanych, czy też współpracowników. Jeśli jest gdzieś „czarny punkt”, to na pewno w pobliskim domu mieszka osoba doraźnie pracująca w kancelarii odszkodowawczej. Zawsze potencjalnie będzie u osoby poszkodowanej najszybciej. Podobno chodzą też po cmentarzach i szukają grobów z napisami „zmarł tragicznie”. Mają swoich ludzi w policji i pogotowiu.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej