Bruksela wzięła na widelec – stosowany już od lat 90. – system „dynamicznej zamiany walut” w UE. Polak, który np. jako turysta wyjeżdża do Niemiec albo Francji z kartą płatniczą wydaną w polskim banku, bywa często stawiany przy zakupach wobec pytania, czy płacić w euro, czy w złotych.

Jak to działa teraz?

Taki wybór wyświetlają terminale płatnicze w sklepach, w restauracjach, a nawet czasem tę opcję sugerują kelnerzy. Ponadto bankomaty przy wyciąganiu euro za pomocą polskiej karty z polskiego konta też mogą pytać, czy zrobić to z zamianą, czy nie, czyli zwykle po angielsku wyświetlają się opcje „continue with convertion” i „continue without convertion”. Chodzi o to, czy zamianę bierze na siebie firma obsługująca bankomat, czy też macierzysty bank klienta.

Dokonany przez Polaka wybór płatności wykazanej w złotych (zamiast w euro) w Niemczech lub we Francji, który jest możliwy dzięki systemowi „dynamicznej zamiany” waluty, kusi tym, że Polak od razu wie, ile jego bank w Polsce ściągnie mu z konta w złotych. Ale organizacje konsumenckie nazywają to „naciąganiem”, a nawet „oszustwem”, bo wskutek niekorzystnych kursów walutowych i prowizji „dynamiczna zamiana” czasem zawyża ostateczną cenę zakupów lub wakacyjnego obiadu w restauracji nawet do 10 proc.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej