Pani Anna z Warszawy na początku lat 90. zadzwoniła do spółdzielni mieszkaniowej, by zapytać, czy dysponują wolnymi lokalami.

– Powiedzieli, że mają. Myślę, cud jakiś, będziemy mieć mieszkanie! Spółdzielnia zażądała 10 lub 20 proc. wartości nieruchomości w gotówce, dziś już nie pamiętam dokładnie, i powiedzieli, że resztę mamy płacić normatywem. Myślę, że 99 proc. osób, które w ten sam sposób nabyło mieszkania, nie miało początkowo świadomości, że zaciągają kredyt, którym uwiązani będą przez lata  – opowiada pani Anna.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej