Pani Anna z Warszawy na początku lat 90. zadzwoniła do spółdzielni mieszkaniowej, by zapytać, czy dysponują wolnymi lokalami.

– Powiedzieli, że mają. Myślę, cud jakiś, będziemy mieć mieszkanie! Spółdzielnia zażądała 10 lub 20 proc. wartości nieruchomości w gotówce, dziś już nie pamiętam dokładnie, i powiedzieli, że resztę mamy płacić normatywem. Myślę, że 99 proc. osób, które w ten sam sposób nabyło mieszkania, nie miało początkowo świadomości, że zaciągają kredyt, którym uwiązani będą przez lata  – opowiada pani Anna.

Każdy się cieszył, że ma mieszkanie za 10 proc. czy 20 proc. wartości rynkowej. Tym bardziej że to były duże mieszkania, zwykle powyżej 60 metrów kwadratowych

Prawie nie do spłacenia

Pani Anna stała się posiadaczką kredytu normatywnego tzw. starego portfela. Spółdzielnie zaciągały je od 1986 roku do 1992 roku na budowę lokali, a po wybudowaniu budynków lokatorzy przejmowali część zadłużenia przypadającą na ich lokal. Takie kredyty otrzymało nawet 300 tys. rodzin.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej