Kolega z pracy chce zmienić samochód na lepszy model. Musi wziąć pożyczkę i potrzebuje żyranta. To czysta formalność, więc nie ma się czego obawiać – przekonuje.

Szwagier ma pomysł na własny biznes, ale trzeba mu podżyrować pożyczkę. Rodzinie się nie odmawia, więc przystępujemy do umowy.

Gdy kolega i szwagier przestaną spłacać raty, wierzyciel zwróci się do żyranta, bo odpowiada on za dług tak samo jak dłużnik. Jeżeli jest kilku poręczycieli, wierzyciel (bank, firma pożyczkowa) może wybrać, od którego zamierza dochodzić swojej należności.

Okłamany żyrant też musi płacić

Wielu poręczycieli powołuje się na zasady współżycia społecznego („zostaliśmy wykorzystani”, „wprowadzeni w błąd”). I choć Sąd Najwyższy w uchwale siedmiu sędziów z 30 września 1996 r. (III CZP 85/96) stwierdził, że „poręczyciel nie może uchylić się od skutków prawnych swego oświadczenia woli z powodu błędu wywołanego podstępnie przez dłużnika co do jego wypłacalności w dacie poręczenia; odpowiedzialność poręczyciela ma charakter zobiektywizowany i jest oparta na zasadzie ryzyka. Poręczyciel gwarantuje mianowicie kredytodawcy – własnym majątkiem – wypłacalność kredytobiorcy”, to czasem sądy stają po stronie żyrantów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej