– Zasada jest taka, że jak można, to się nie płaci. Albo płaci jak najpóźniej, bo linia kredytowa w banku jest droga, a finansowanie się na pieniądzach kontrahenta tanie – opowiada warszawski adwokat specjalizujący się w ściąganiu wierzytelności.

Jak to działa? Firma wynajmująca rusztowania budowlane, dajmy na to Zdzisław i Synowie, nie dostaje pieniędzy w terminie od swoich klientów. Sama więc też nie płaci kontrahentowi, od którego kupuje towar. Firma, która sprzedaje rusztowania Zdzisławowi i Synom, nie ma więc z czego wypłacić pensji, opłacić rachunków, składek na ZUS czy kupić nowych materiałów do produkcji.

– Zator płatniczy przypomina zatkany w kuchni zlew. Albo przewlekłą grypę, która nigdy nie wiadomo na kogo trafi. Jak ktoś jest silny, to przetrwa, jak słaby, to padnie – mówi adwokat

Przesadza? Nie.

Ponad połowa firm (52 proc.) czeka na zapłatę za towar ponad dwa miesiące, najgorzej jest w transporcie i handlu. Tak przynajmniej wynika z ostatniego badania dla BIG InfoMonitor przeprowadzonego w drugim kwartale tego roku wśród 500 mikrofirm, małych i średnich firm. Na początku roku takiej odpowiedzi udzielało 49,4 proc. badanych. I to w szczycie koniunktury gospodarczej.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej