Pan Jacek właśnie wrócił z Londynu. Wyjechał tam po liceum, skończył w Wielkiej Brytanii studia i zaczął pracować w dużej firmie finansowej. Klasyczny biały kołnierzyk niewidzący świata poza monitorem komputera i excelem.

W Warszawie nie może się odnaleźć.

– Nie mogę kupić tu w sklepie spaghetti. To znaczy mam oddzielnie makaron, oddzielnie pomidory, oddzielnie oliwę. Ale nie wiem, co z tym razem zrobić – ironizuje.

Jego małe dramaty mogą budzić uśmiech politowania. Ale w Londynie było pod tym względem całkiem inaczej. I wiele wskazuje na to, że nasze sklepy idą w tym samym kierunku.

Towar ma być tu i teraz

Wchodzimy w trzeci etap rozwoju handlu w Polsce. W pierwszym na początku transformacji gospodarczej na nasz rynek weszły hipermarkety.

– Hipermarket to jest duży sklep, gdzie powierzchnia mniej więcej pół na pół jest podzielona na produkty spożywcze i tzw. non food, czyli elektronikę, agd, książki, płyty, a w sezonie rowery etc. – mówi Grzegorz Łaptaś, dyrektor w dziale doradztwa firmy PwC.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej