Początek września, niedzielne popołudnie w Gdańsku. Pada deszcz i wieje wiatr, pogoda nie sprzyja spacerom, ale zakupom jak najbardziej. W otwartej niespełna rok temu Metropolii, jednej z galerii we Wrzeszczu, o miejsce parkingowe nietrudno. Wyświetlacz przy wjeździe pokazuje, że wolnych jest blisko 600 z 1,2 tys. miejsc.

Na piętrze meblowym spaceruje kilkanaście osób. Na niższych piętrach niewiele więcej. Jedyna kolejka ustawia się do kasy przy barze z tanią chińszczyzną.

– Niech pan zobaczy, ile tu jest sklepów zamkniętych na stałe. Nie poradzili sobie z brakiem klientów – tłumaczy mi jeden ze sprzedawców w odzieżowej sieciówce (oprócz mnie w sklepie nie ma nikogo). – Znajoma z meblowego na górze mówiła mi niedawno, że przez rok sprzedała dwa kredensy – dodaje.

Zamkniętych sklepów jest co najmniej kilkanaście. Wiele lokali wygląda tak, jakby ich nigdy nie wynajęto. Inne zdobią tylko nieoświetlone banery nad opuszczonymi roletami.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej