W 2006 r. Elżbieta Rafalska, ówczesna wiceminister pracy w rządzie PiS, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin, mówiła „Wyborczej": „Chcemy dać ludziom prawo wyboru: kto chce, niech robi zakupy w niedzielę. Kto, jak ja, nie chce, niech nie robi". I wyliczała, że zakaz handlu proponowany wówczas przez LPR może wysłać na bezrobocie 50-70 tys. osób. A nowe zasiłki i mniejsze wpływy z podatków to koszt ponad miliarda złotych.

W 2017 r. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, kierowane już przez Elżbietę Rafalską, entuzjastycznie poparło pomysł zamknięcia sklepów w niedziele. Zakaz nie miał już żadnych skutków negatywnych dla państwa. Przy czym resortowi pracy trzeba jednak wierzyć na słowo, bo rząd nie przeprowadził żadnej analizy ekonomicznej skutków tego pomysłu. Równie optymistyczni byli pomysłodawcy zakazu z "Solidarności". – Nie boję się, że obroty sklepów spadną, nie boję się, że ktoś będzie nago chodził, bo nie będzie miał czasu kupić ubrania, lub pójdzie spać głodny, bo nie zrobi zakupów w niedzielę – mówił „Wyborczej” Alfred Bujara z „Solidarności".

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej