"Solidarność" i PiS przekonywały, że zakaz nie będzie miał wpływu na gospodarkę, bo „jak ktoś będzie miał pieniądze na płaszcz, to prędzej czy później go sobie kupi". Jak się okazuje, rzeczywistość jest znacząco bardziej skomplikowana.

„Odwiedzalność w ponad 120 centrach handlowych, biorących udział w projekcie Retail Institute, w okresie od 1 stycznia do 14 października 2018 roku spadła o 3,07 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2017 roku. Centra w tym czasie odwiedziło o 9,16 mln klientów mniej niż w tym samym okresie 2017 roku, a każdy kolejny miesiąc pogłębia tę stratę o blisko 1,2 mln osób” – pisze Retail Institute.

Badanie Retail Institute – jak twierdzi sama firma – jest reprezentatywne dla ponad 60 proc. rynku. Liczących się centrów jest bowiem 180-190 w kraju.

A jak to wygląda w niedziele niehandlowe?

Centra tego dnia są zazwyczaj otwarte. Tyle że pracować mogą kina, restauracje i nieliczne sklepy. Takie, w których za kasą może stanąć ich właściciel. „Kotwice”, tak w slangu handlowym mówi się na duże sieciowe sklepy, które przyciągają klientów do centrów – muszą być zamknięte.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej