Stoisz na lotnisku i czekasz na bagaż w tłumie pasażerów. Samolotowe jedzenie ci nie służy, więc walczysz ze wzdęciami. Już masz iść do toalety, gdy pojawia się twoja walizka. Co robić? Narazić się na wstyd czy na stratę czasu? A widzisz: gdybyś miał pochłaniacz wzdęć (flatulence deodorizer – ang.), nie miałbyś problemu - wkładka między twoimi pośladkami zneutralizowałaby przykry zapach i stłumiła hałas. Z uśmiechem wziąłbyś walizkę i zamówił taksówkę.

Wydawałoby się, że takie remedium na odwieczny i wstydliwy problem będzie, jeśli nie rynkowym, to przynajmniej lotniskowym hitem. A jednak dezodoryzatora wzdęć nie znajdziesz w żadnym sklepie. Mimo że od jego opatentowania minęło już 17 lat.

Patentowanie przypomina często strzelanie na oślep. Nie wiesz, czy trafisz w tarczę, czy kulą w płot. Bywa, że pozornie szalony pomysł pada na podatny grunt. A dużo bardziej racjonalny - latami więdnie w szufladzie. Albo… zostaje skradziony. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej