Jest coraz gorzej. Godziny szczytu się podwoiły. Jeszcze trzy lata temu, by w miarę gładko wyjechać z Warszawy, wystarczyło wyruszyć z centrum przed 15:30 (w piątek – godzinę wcześniej). Dziś to za późno. Obojętnie, czy wyjedziemy o 15, czy o 19 - i tak gdzieś utkniemy. Co ciekawe, w stolicy największe korki są między 8.30 a 9, czyli godzinę później niż w pozostałych miastach. Coraz częściej - i w porannych, i w popołudniowych godzinach szczytu - zatory tworzą się w obie strony, i to w miejscach, w których nigdy ich nie było.

Stojąc, tracimy czas zaoszczędzony na nowych obwodnicach i wielopasmówkach, które… też potrafią się zakorkować. W Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu miesięcznie tracimy w korkach osiem-dziewięć godzin. To – jak wyliczyła firma Deloitte – w skali roku kosztuje nas prawie jedną miesięczną pensję. Najwięcej, bo aż 3 976 zł, tracą zmotoryzowani mieszkańcy Warszawy. Nie lubimy też jazdy zrywami – ciągłego ruszania i zatrzymywania się. To –  jak wynika z badań firmy Castrol – irytuje nas na równi z objazdami i robotami drogowymi (57 proc.) i bardziej niż brak kultury innych kierowców (38 proc.).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej