W czwartek Juan Maldonado poczuł, że ktoś go klepnął w ramię. Pracował przy taśmie w Tesli od czterech lat. A to klepnięcie oznaczało koniec. Został zwolniony podobnie jak 60 innych pracowników jego działu. Czym podpadł? Nie wie. Ma 48 lat i dwa spóźnienia na koncie, które wyjaśnił z kierownikiem zmiany. Takich jak on było około 400. Wśród nich kilkunastu inżynierów, a nawet szefów działu.

Tesla. Terapia szokowa

Być może trafili na „gównianą listę krytycznej ścieżki”. Elon Musk od lat umieszcza na niej tych, którym wymsknęło się słowo „niemożliwe” w odniesieniu do zadań i terminów. A może, zwalniając jednych, chciał zmobilizować pozostałych? Nieraz dowiódł, że potrafi poświęcić nawet autorytety, w rodzaju Kena Bowersoxa – byłego astronauty - i Martina Eberharda – faktycznego założyciela Tesli. Ta zaś w oficjalnym komunikacie stwierdza, że ostatnie redukcje są „wynikiem kontroli wydajności”. Wysoka wydajność jest koniecznością w firmie, której szef słynie ze stawiania nierealnych terminów. W efekcie wszystkie jej modele – od roadstera po „trójkę” – trafiały do produkcji z dużym opóźnieniem. Model S aż z dwuletnim. A teraz to: zamiast obiecanych 1,6 tys. w trzecim kwartale wyprodukowano tylko 260 sztuk modelu 3. O 85 proc. mniej. Auta, po które stoi najdłuższa kolejka w historii motoryzacji - ok. 400 tys. osób zaliczkowało je już 1,5 roku temu - i które w grudniu miało być produkowane w tempie 5 tys. sztuk… tygodniowo.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej