Gdy się zorientował, było już za późno. Auto podskoczyło, a w nim pan Czesław. Tak mocno, że uderzył głową w dach i uszkodził kręgosłup. Jest pod opieką lekarza, zażywa leki, chodzi o lasce. Owszem, gdyby był młodszy, miał lepszy refleks i auto cięższe niż daewoo tico, skutki byłyby mniej dotkliwe. Ale każdy kierowca przynajmniej raz nadział się na próg zwalniający: ciemny, duży i niemal niewidoczny po zmroku. Jak ten na przedmieściach Dębicy. Liczne rysy i ciemne smugi oleju ciągnące się za co większymi progami pokazują, kto z takich starć wychodzi zwycięsko. Ale cierpią nie tylko samochody i kierowcy. Kto najbardziej? Okoliczni mieszkańcy.

Źle oznaczone, nie tam, gdzie trzeba

Zwykle wygląda to tak. Lokalna społeczność nalega na zarządców dróg, by ci wybudowali progi. Tłumaczy to względami bezpieczeństwa dzieci. Progi powstają, ruch zwalnia. Ale nie wszyscy są zadowoleni. Mniej więcej po pół roku część mieszkańców zmienia zdanie. Odkrywa czarną stronę progów. I już ich nie chce. Tak jak pan Stanisław ze Stalowej Woli. Apeluje do władz i mediów. Nie może spać, nie może otwierać okna. Siedem metrów za nim ma próg zwalniający. Podskakujące na nim ciężarówki generują wibracje i hałas dochodzący do 100 dB. – Ten próg zmienił moje życie w koszmar – skarży się urzędnikom i dziennikarzom.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej