Najgorszy był rok 2012. Wówczas zbankrutowało kilkanaście touroperatorów, niwecząc wypoczynek tysięcy Polaków. Dziś upadłości biur podróży to rzadkość. Zdarzają im się za to wpadki.

Trzy doby na samolot do kraju czekało ponad 200 klientów TUI, którzy w środę mieli wylecieć z Dominikany. Ci, którzy mieli tam dopiero dotrzeć, po kilkudziesięciu godzinach oczekiwania na lotniskach w Poznaniu i Warszawie dowiedzieli się, że ich rejsy odwołano. Powód? Oficjalnie - awaria samolotów. Ale klientów TUI takie tłumaczenia nie satysfakcjonują, a ci, którzy urlop mają dopiero w planach nie kryją obaw. - Okropne biuro podroży! Zmieniają godziny przylotów i odlotów tak, aby uciąć jeden lub dwa dni wakacji. Specjalnie szukaliśmy dogodnych godzin podróży ze względu na roczne dziecko, a teraz okazuje się, że przylecimy w nocy, a o 3 nad ranem musimy wstać, żeby wrócić – denerwuje się pani Natalia, klientka biura i podobnie jak kilkadziesiąt innych osób zapowiada złożenie reklamacji.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej