Pełna grozy
muzyka. Na krześle siedzi człowiek, nerwowo przekładający pudełko zapałek. Napięcie wyczuwalne w każdym czarno-białym kadrze. To więzienie. A człowiek w filmie to ktoś podejrzany o ciężkie przestępstwo. Podglądamy go w czasie widzenia z obrońcą.
"Na początku franek wydawał się kumplem, przyjacielem domu, mecenasem. Ale potem prawie odebrał mi dom, mieszkanie,
samochód. Kompletnie nie wiedziałem, co robić" - zeznaje nasz bohater łamiącym się głosem. "Zadzwoniłem do Poncyla. Był też koleś o ksywce Kowal i jego kumpela Ela". Nagle opowieść przerywa głos strażnika i brzęk kluczy od celi: "Koniec widzenia!". Kamera najeżdża na smutny wzrok bohatera, pokazuje kurczowo zaciskające się palce jego rąk. "Postanowiliśmy, że franka... zamrozimy żywcem". I najazd kamery na... banknot zamrożony w dużej kostce lodu.
Nasz bohater nareszcie się uśmiecha: "Niczego nie żałuję. A jak nas stąd wypuszczą, to franeczka i tak zamrozimy" - kończy. Na ekranie pojawia się plansza, która wszystko wyjaśnia. "PJN - zamrozimy Franka na 2,75 zł". To nie żadna reklama, a spot wyborczy partii
Polska Jest Najważniejsza, zaś w rolę mordercy franka wcielił się jej polityk Marek Migalski.
Setnie się ubawiłem, bo film jest dobrze zrobiony i zawiera sporą dawkę poczucia humoru, którego politykom przeważnie nie zbywa. Ale zamysły Migala, Poncyla, Kowala i Eli, przedstawione w spocie, podobają mi się mniej. Oczywiście rozumiem, że myśl, kiełkująca w głowach polityków PJN - partii nieprzekraczającej według większości badań progu wyborczego - o pozyskaniu głosów 700 tys. rodzin mających kredyty we frankach jest kusząca. Sam od czasu do czasu użalałem się na łamach „Gazety” nad ich losem.
Raty kredytów we frankach z powodu wzrostu kursu szwajcarskiej waluty w ostatnich dwóch latach mocno podskoczyły - to fakt. Dlatego warto było wprowadzić ustawę ograniczającą bankom możliwość dodatkowego zarabiania na różnicach kursowych, czyli na tzw. spreadzie. Dziś każdy może sobie kupić franki tam, gdzie najtaniej, a nie przeliczać je po kursie dyktowanym przez bank, zawyżonym nawet o 7-8 proc.
Film PJN jest bałamutny, bo nie mówi całej prawdy. Propozycja Migala i Poncyla to dość wierna kopia wariantu zastosowanego na Węgrzech, gdzie problem z kredytami frankowymi jest znacznie większy niż w Polsce. Tam kredytów nie spłaca w terminie 200-300 tys. ludzi. U nas - jakieś 20-30 tys.
Węgrzy zamrozili kurs franka na poziomie niższym od rynkowego, a różnicę wynikającą z niższych rat obywatele mają oddać bankom później. Rozwiązanie PJN - o ile pamiętam wypowiedzi posła Poncyljusza sprzed kilku tygodni, bo na stronie PJN aktualnych szczegółów propozycji nie znalazłem - zakłada to samo. Do 2015 r. różnicę w wysokości raty pomiędzy 2,75 zł, a ceną rynkową franka pokrywałby skarb państwa, a potem kredytobiorca by ją zwracał. Tyle że o tej drugiej części propozycji w reklamie nie ma ani słowa. To nie fair wobec odbiorców: powiedzieć, że się im coś da, ale zapomnieć, że będą musieli to zwrócić - z odsetkami.
Poza tym propozycja PJN to tani populizm. Po pierwsze dlatego, że rozwiązanie proponowane przez tę partię jest niemożliwe do przeprowadzenia, po drugie dlatego, że jest niepotrzebne, a po trzecie - że na koniec dnia pogorszyłoby, a nie polepszyło żywot kredytobiorców.
Przyjrzałem się z bliska propozycji PJN. Mamy 700 tys. kredytów frankowych, załóżmy, że każdy o równowartości 250 tys. zł. Rata takiego kredytu to co najmniej 400 franków miesięcznie. Przy obecnym kursie 3,60 zł jest to jakieś 1440 zł miesięcznie. Przy kursie Poncyljusza - 2,75 zł (a swoją drogą dlaczego nie 2,50 zł, albo 2 zł?) - średnia rata spada do 1100 zł. Różnica, którą według pomysłu PJN miałby pokrywać co miesiąc skarb państwa, wynosi 340 zł dla każdego z kredytów.
Dopłata z budżetu (czyli z podatków wszystkich Polaków, także tych spłacających kredyty hipoteczne w złotych), potrzebna by ulżyć frankowym kredytobiorcom, wyniosłaby 240 mln zł miesięcznie i ponad 2,8 mld zł rocznie. Do 2015 r. jakieś 9 mld zł. W porównaniu ze wszystkimi wydatkami budżetu, przekraczającymi 313 mld zł - pryszcz. Najwyżej się obetnie wydatki na ochronę zdrowia (ponad 6 mld zł) albo na wymiar sprawiedliwości (prawie 10 mld zł). Ale tego film PJN też nie mówi.
Zamrożenie kursu franka jest niepotrzebne. W Polsce oprocentowanie tych kredytów jest znacznie niższe niż na Węgrzech. Oczywiście, wśród beneficjentów zapewne byliby tacy, którzy wzięli kredyt za wysoki jak na swoje możliwości i mogą zbankrutować. Ale nie wydaje mi się, żeby takiego ratunku wymagali wszyscy. Jeśli koniecznie - drodzy emeryci, renciści, nauczyciele i pielęgniarki, i wy, którzy spłacacie raty kredytów w złotych - chcecie mi pomóc (też mam kredyt hipoteczny we frankach), to proszę bardzo, możecie w wyborach wybrać opcję "Szwajcar po 2,75 zł". Ale wolałbym nie - gdybym po 2015 r. miał spłacać dodatkowy kredyt zafundowany mi przez polityków PJN mieliby z głowy mój głos na wiele lat. Dziwię się, że łebska i sympatyczna ekipa Pawła Kowala i Pawła Poncyljusza wypuściła z siebie taki gniot.
Komentuje Przemysław Barbrich, ZBP. Propozycja PJN to zły pomysł. Dlaczego? Bo w Polsce nie ma problemu ze spłatą kredytów denominowanych w walutach. To zdrowy portfel. Statystyki pokazują, że kredyty we frankach czy euro spłacane są lepiej niż złotowe. Nie widzę więc potrzeby pomagania akurat tej grupie kredytobiorców, grupie, która świetnie sobie radzi.
Oczywiście trudno im dzisiaj zazdrościć, ale w końcu ryzyko kursowe wpisane jest w
kredyt walutowy. Przez wiele lat osoby, które zaryzykowały, zyskiwały na tanim franku i niskich stopach procentowych. Dzisiaj tracą, ale być może to sytuacja przejściowa. Również dobrze można zapytać, dlaczego politycy nie chcą pomagać tym, którzy spłacają kredyty w złotych albo z jakiś powodów nie załapali się na dopłaty w ramach programu "Rodzina na swoim". Trzeba też głośno powiedzieć, że pomysł z zamrożeniem franka to nie prezent. Nadwyżkę ponad proponowane 2,75 zł dzisiaj ktoś będzie musiał pokryć, ale później te pieniądze będzie trzeba zwrócić.