W jednym z łódzkich centrów handlowych mężczyzna kupuje pierścionki swojej dziewczynie. Płaci amerykańską kartą wystawioną na greckie nazwisko. Używa jej od trzech dni. Zanim przyjedzie
policja, zdąży wydać osiem tysięcy złotych. To drobny przestępca, karany wcześniej za rozboje. Policjantom zezna, że kartę kupił za tysiąc złotych. Sprzedał mu ją ktoś współpracujący z grupą "skimmerów", czyli przestępców zajmujących się kradzieżą za pomocą kart płatniczych. Ostatnio w Łodzi dwa razy zaatakowali bankomaty przy Piotrkowskiej.
Jak działają "skimmerzy"? - W grupie jest co najmniej kilkanaście osób. Najczęściej nie znają się nawzajem, dla bezpieczeństwa. Mózg grupy zleca wykonanie lub kupienia "skimmera" - wyjaśnia oficer policji zajmujący się walką z tego typu przestępczością.
"Skimmer" to tak naprawdę dwa urządzenia. Pierwsze to czytnik zakładany w miejscu, w którym w bankomacie wkłada się kartę. W nowszych
bankomatach to płytka o wymiarach około 70 na 18 milimetrów i grubości niecałych czterech milimetrów.
Składa się z baterii, anteny, nadajnika i czytnika, który skanuje kartę. Sama karta to jednak za mało. Potrzebny jest jeszcze PIN. Dlatego nad klawiaturą montuje się miniaturową kamerę. Wprawny członek grupy potrafi zamontować całość w siedem sekund. Skonstruowanie "skimmera" dla osoby o technicznym wykształceniu to żaden problem. Można go także kupić w internecie. Ceny od tysiąca do 10 tysięcy złotych, w zależności od rozmiaru (im mniejszy, tym droższy) oraz stopnia zaawansowania. "Skimmer" dobiera się pod konkretny bankomat konkretnego banku.
Urządzenie montuje się na kilka godzin, później zdejmuje. Technicy sczytują dane i wysyłają je do szefa organizacji. Ten wysyła je... do Stanów Zjednoczonych.
- Karty zeskanowane w Polsce nigdy nie są używane w naszym kraju. Grupy wymieniają się danymi. U nas najczęściej czyszczone są konta ofiar "skimmerów" z
USA i Meksyku - opowiada oficer.
W czasie jednorazowej akcji zeskanowanych jest od kilku do kilkudziesięciu kart. Później urządzenie trafia do kolejnego
bankomatu. I jeszcze następnego. Grupa podróżuje z nim po Polsce.
- Kilka miesięcy temu namierzyliśmy "skimmerów", którzy urządzili sobie rajd. Warszawa - Łódź - Katowice. Tam wpadli, na gorącym uczynku. Zatrzymano siedem osób. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie ścisła współpraca z bankami - dodaje policjant.
To, że karta padła ofiarą "skimmerów", wychodzi na jaw najczęściej po kilku miesiącach. Najpierw przez kilka tygodni grupa zdobywa skany - nawet kilkaset. Później trzeba je rozkodować - to również zajmuje kilka tygodni. Wreszcie tworzy się klon zeskanowanej karty i idzie z nim do bankomatu lub sklepu. Do tego momentu przestępcy nie wiedzą, czy zeskanowali kartę do konta, na której jest 100 zł czy 100 tys. Dlatego idą na ilość. Czasem też, tak jak w przypadku zatrzymanego w Łodzi mężczyzny, sprzedają je dalej.
- Dużo łatwiej jest dowieść, że nas okradziono, gdy używamy karty z chipem. Mają one licznik transakcji. W praktyce na duplikacie karty przeskakuje kolejna transakcja, a na właściwiej nie. I to widać w systemie bankowym - mówi oficer.
Policjanci zdjęli oba "skimmery" założone na Piotrkowskiej, zanim zostały zabrane i sczytane. W tej chwili są badane w laboratorium kryminalistycznym.
Co o tym sądzisz? Napisz do nas na: listy@lodz.agora.pl