Początek wygląda tak, jak opisuje pan Paweł. - Błagam kogoś, kto może mi pomóc w wyjściu z kryzysowej sytuacji, gdyż jestem u kresu załamania, nie mogę sobie poradzić z opłatami i długami, boję się, że wywalą nas z
mieszkania (własnościowe), i boję się, że stracę żonę i dzieci. Pod zastaw pożyczki postawimy własne mieszkanie! Już naprawdę nie znajduję innego sposobu na wyjście w trudnej sytuacji. Moje zadłużenie w kredytach łącznie wynosi prawie 100 tys. zł. Z tego 50 tys. zł to pożyczka hipoteczna, 35 tys. - cztery pożyczki w banku X i jedna pożyczka w banku Y. Łączna rata kredytowa to 2200 zł - wylicza.
Podobnych przypadków na forach dla zadłużonych są setki.
Nie płacę. Co dalej? Pan Paweł ma przede wszystkim długi w bankach, i to one odbijają się na całej jego sytuacji finansowej. Niedawno przestał płacić za prąd, zalega też z opłatami za telefon komórkowy. Jeśli ta sytuacja się utrzyma, bank/operator komórkowy/elektrownia, a także spółdzielnia zaczną od tzw. miękkiej windykacji. Zazwyczaj przez pierwsze kilkanaście dni nikt w tych instytucjach nie zwraca uwagi na opóźnienia, wychodząc z założenia że klient zapomniał albo ma "przejściowe problemy". Co najwyżej bank wysyła SMS, że rata nie wpłynęła w terminie.
Ten okres ciszy przed burzą może trwać nawet dwa miesiące. Jednak gdy zadłużenie przekracza 60 dni, pojawia się list polecony (dla celów dowodowych z myślą o ewentualnym procesie w sądzie) z informacją, że powstało przeterminowane zadłużenie i trzeba je uregulować. W piśmie pojawią się ostrzeżenia, że dług trafi do windykacji, sprawa zostanie skierowana na drogę sądową, a zalegający dłużnik wpisany na czarną listę.
Dłużnik szuka pieniędzy W międzyczasie pan Paweł szuka sposobów, aby spłacić zadłużenie.
- Chciałem skonsolidować te kredyty w jeden kredyt konsolidacyjny z zabezpieczeniem hipoteki mojego mieszkania (kawalerka według operatu warta 150 tys. zł, wnioskowałem o kredyt 105 tys. zł na 25 lat w pięciu bankach). Przedstawiłem zaświadczenie o zarobkach z ostatnich trzech miesięcy (to dochody 3,5 tys. zł netto), mam umowę na czas nieokreślony. Mimo to dostałem odmowę już z czterech banków. Powód? Zbyt duża skłonność do zadłużania się - relacjonuje.
Dlaczego banki nie chcą dać panu Pawłowi pieniędzy, skoro ma solidne zabezpieczenie w postaci
nieruchomości?
Bo w ostatnich latach Komisja Nadzoru Finansowego bardzo pilnuje, by banki nie udzielały pożyczek osobom, które mogą przez to wpaść w problemy finansowe. Rekomendacja S (określa listę dobrych praktyk dla banków przy sprzedaży kredytów hipotecznych - przyp. red.) nakazuje bankom ostrożne udzielanie kredytów walutowych. Od nowego roku raty wszystkich kredytów, wśród których jest też rata kredytu walutowego, nie mogą przekroczyć 42 proc. pensji na rękę (poprzednio było to 50 lub 65 proc. dla lepiej zarabiających). A co z kredytem mieszkaniowym? Bank najpierw sprawdzi, czy klient jest w stanie spłacić kredyt hipoteczny w 25 lat. Jeśli nie, kredytu nie dostanie.
Zakładając, że panu Pawłowi nie uda się załatwić pieniędzy w banku, najprawdopodobniej pójdzie szukać pieniędzy do SKOK-ów (są bardziej liberalne pod tym względem) albo do firm oferujących tzw. szybkie pożyczki (ich oprocentowanie jest bardzo wysokie). Jest jeszcze inna opcja - tzw. pożyczki prywatne.
W większości przypadków chodzi o oszustów, którzy chcą wyciągnąć prowizję (od kilkuset do kilku tysięcy złotych). Na przykład pan Rafał proponuje nam 15 milionów pożyczki na dziesięć lat oprocentowane na 7 proc. Trzeba mu tylko wysłać mailem skan dowodu osobistego i... 5 tys. zł na konto.
Innym trikiem oszustów kilkakrotnie opisywanym przez nas w "Gazecie" są tzw. pożyczki na SMS. Takie ogłoszenie wygląda tak: "Pożyczka bez
BIK. 10 tys. zł na trzy lata. Rata 399 zł miesięcznie. A może 200 tys. zł na 20 lat? Rata? Tylko 1499 zł. Co byś chciał, co byś wybrał? Wystarczy wysłać SMS za 4,92 zł".
W rzeczywistości nikt nic nie pożycza, chodzi tylko o pieniądze za SMS. Pierwszy, owszem, jest za 4,92 zł. Aby złożyć wniosek, trzeba jednak wysłać SMS-a już za 30,75 zł z VAT. To opłata bezzwrotna. Później trzeba wysyłać SMS-y po 30,75 zł, aby sprawdzić stan postępu sprawy. Niektórzy dłużnicy utopili w ten sposób po 500-600 zł i oczywiście nie dostali ani złotówki.
Pojawia się windykator Jeśli panu Pawłowi nadal nie uda się zdobyć pieniędzy, scenariusz będzie wyglądał tak:
1. Bank/operator komórkowy/spółdzielnia przekaże sprawę do swojego działu windykacji.
2. Windykatorzy wpiszą go na czarną listę dłużników, a następnie...
3. ...sprzedadzą dług zewnętrznej firmie windykacyjnej za np. 10 proc. jego wartości.
Dlatego niezwykle istotne jest, aby pan Paweł, nawet jeśli nie starcza mu pieniędzy na całą ratę kredytu, spłacał chociaż jego część! To dla banku znak, że nie uchyla się od spłat, tylko ma przejściowe kłopoty.