Jeśli banki nie obniżą opłat narzucanych handlowcom za obsługę kart płatniczych, obrót bezgotówkowy w Polsce może przestać się rozwijać, ale ścięcie opłat oznaczać będzie spadek przychodów banków nawet o miliard złotych rocznie - to wnioski z raportu o tzw. opłatach interchange opublikowanego przez Narodowy Bank Polski. Raport NBP ma być kolejnym argumentem w walce o obniżenie obciążeń związanych z płatnościami bezgotówkowymi w Polsce. Co prawda zwykli konsumenci, płacąc kartą w sklepie, nie ponoszą kosztów, ale punkt handlowy musi odprowadzić do banku wysoką opłatę. W skrajnych przypadkach - w małym sklepie - sięga ona 3 proc. wartości zakupów. Przeciętnie dla
karty debetowej ze znakiem Visa jest to 1,6 proc. Problem w tym, że tak wysokie opłaty obowiązują tylko w Polsce - średnia w Unii Europejskiej dla tej samej debetówki Visa wynosi 0,72 proc. Z obliczeń NBP wynika, że w zeszłym roku przychody banków i organizacji płatniczych (Visy i MasterCarda) z kartowych prowizji od sklepów, restauracji, stacji benzynowych, hoteli i innych punktów handlowo-usługowych wyniosły aż ponad 1,4 mld zł!
Bankowcy tłumaczą, że pieniędzmi z tych opłat finansują inwestycje w nowe terminale, dzięki którym kartami można płacić już nie tylko w dużych miastach, ale nawet w niewielkich miejscowościach. Tyle że
handlowcy się buntują, że tylko oni mają pokrywać koszty rozwoju sieci płatności bezgotówkowych. Coraz częściej w sklepach wywieszane są informacje, że terminale sa "uszkodzone", płatności bezgotówkowe przyjmowane są tylko przy większych zakupach lub sklepy proponują klientom specjalne rabaty, jeśli będą płacili gotówką, a nie kartą. Autor niniejszego tekstu kilka miesięcy temu zapłacił za
rower wart ponad tysiąc złotych mniej o prawie 70 zł, bo takiego rabatu udzielił mu
sprzedawca za schowanie karty płatniczej głęboko do kieszeni.
"Opłaty interchange w Polsce są ponaddwukrotnie wyższe niż średnio w krajach Unii Europejskiej, a ośmiokrotnie wyższe niż na Węgrzech czy w Finlandii" - stwierdza NBP. I ostrzega bankowców, że ich chciwość może się źle skończyć. Po pierwsze, wolniejszym wzrostem liczby transakcji bezgotówkowych. Bo liczba nowych terminali instalowanych w sklepach rośnie znacznie wolniej niż liczba transakcji kartowych. NBP policzył, że w latach 2004-10 liczba transakcji bezgotówkowych wzrosła czterokrotnie - ze 198 do 844 mln rocznie - a liczba terminali zwiększyła się tylko o połowę. Tylko niecałe 40 proc. punktów handlowych ma terminale do płatności kartowych. "Możemy spodziewać się wyczerpania potencjału wzrostu transakcji bezgotówkowych" - ostrzega NBP. Ci, którzy mają karty, już częściej płacić nie będą, a pozostali nie będą mieli gdzie nimi płacić.
NBP nie wyklucza też, że jeśli bankowcy nie ustąpią sami, zdesperowane lobby
handlowców wymusi wprowadzenie tzw. opłat surcharge, czyli obciążania klientów płacących kartą dodatkową prowizją przez sklepy. NBP proponuje, by banki oraz organizacje płatnicze zgodziły się na dobrowolne, stopniowe obniżanie opłat interchange, by w 2016 r. osiągnęły one poziom taki, jak średnia europejska - czyli 0,6-0,7 proc. wartości transakcji. Jeśli opłaty zjechałyby do poziomu takiego, jak w Unii Europejskiej, to np. w 2016 r. przychód banków z interchange spadłby z prognozowanych 2,18 do 1,02 mld zł. Dlatego NBP namawia do stopniowych obniżek, rozłożonych na kilka lat. Co na to bankowcy? MasterCard odbija piłeczkę i prezentuje badania, z których wynika, że za administracyjne regulowanie prowizji zapłacą na koniec konsumenci: w Australii po przymusowej redukcji opłat interchange o połowę banki m.in. podwyższyły o 22 proc. opłaty narzucane klientom za karty kredytowe.