Maciej Bednarek: Nie odkładam pieniędzy, bo ledwo wiążę koniec z końcem - tak najczęściej tłumaczymy brak jakichkolwiek oszczędności. Co na to psycholog? - To podejście czysto ekonomiczne - ludzie oszczędzają wtedy, kiedy mają z czego. W wielu badaniach spotykam się z taką opinią: Nie oszczędzam, bo wszystko muszę wydać na bieżącą konsumpcję. Ale czy rzeczywiście musimy wydać wszystko, co zarobiliśmy? Istnieje mit, który mówi, że oszczędzanie ma sens tylko wtedy, jeśli można odkładać większe kwoty. Ten mit żyje - nieważne, czy mówimy o odkładaniu na emeryturę, czy inwestowaniu na giełdzie. Ludzie mówią: Mógłbym odłożyć 50 zł miesięcznie, ale to nie ma żadnego sensu. Owszem, nie ma, jeśli oszczędza się rok czy dwa. Ale w perspektywie np. 30 lat jest jak najbardziej uzasadnione. Dlatego trzeba odkłamać ten mit.
Załóżmy, że obaliliśmy ten mit. Co robić, żeby regularne oszczędzanie weszło nam w krew, tak jak mycie zębów? - Oszczędzanie wymaga od nas samokontroli. Jeżeli chcę częściowo zrezygnować z bieżącej konsumpcji, muszę się od tej konsumpcji powstrzymywać. To dokładnie taki sam problem jak w innych dziedzinach życia. Jeżeli chcę schudnąć, muszę mniej jeść. Niestety, ludzie mają kłopoty z włączeniem samokontroli. Musimy uruchomić coś dodatkowego, co nas do tego zmobilizuje.
Na przykład? - Chcę wcześniej wstawać. Jeżeli budzik postawię przy łóżku, istnieje ryzyko, że odruchowo go wyłączę i z wcześniejszego wstawania nic nie wyjdzie. Ale jeśli postawię go gdzieś dalej, to żeby go wyłączyć, będę musiał się podnieść i zrobić kilka kroków do budzika. To zwiększa szanse na pobudkę. Jeśli chodzi o długoterminowe oszczędzanie, odpowiednikiem budzika stojącego poza naszym zasięgiem mogą być specjalne produkty finansowe, które wymuszają - pod groźbą straty części pieniędzy - rezygnację z konsumpcji i dokonywanie regularnych wpłat.
Niechęć do oszczędzania to polska czy ogólnoludzka specjalność? - Z punktu widzenia psychologii wszyscy jesteśmy tacy sami. To typowe dla natury człowieka.
Ale w innych krajach ludzie chętniej oszczędzają. Pomijam tu fakt, że zarabiają więcej. - To kwestia różnic kulturowych lub poziomu rozwoju gospodarczego. Historia wolnego rynku w Polsce jest bardzo krótka. Duża grupa osób, która dzisiaj szczególnie powinna oszczędzać, żyła w czasach, kiedy nie trzeba było o tym myśleć, bo emerytura była zagwarantowana.
Żeby się zmobilizować do regularnego oszczędzania, potrzebne są odpowiednie produkty. Ale czy Polacy wiedzą, w co inwestować, czy mają w czym wybierać? Czy to, co oferuje rynek, nie jest za drogie, zbyt skomplikowane? - Polacy są słabo wyedukowani. Myślę, że dla przeciętnego Polaka nie ma dużej różnicy między funduszem, który inwestuje pieniądze na giełdzie i ponosi duże ryzyko, a indywidualnym kontem emerytalnym. Przeciętny człowiek postrzega wszystkie te produkty jako część systemu finansowego, który raz działa lepiej, raz gorzej.
Ludzie nie mają zaufania do instytucji finansowych. Dla wielu ludzi finansiści to po prostu złodzieje. - Nasilenie takich opinii widać zwłaszcza po ostatnim kryzysie finansowym. Po głowie dostaje każdy, bez względu na to, czy na to zasłużył, czy nie. W konsekwencji to powoduje, że ludzie nie widzą różnicy między instytucją inwestującą agresywnie i ryzykowanie a produktem bezpiecznym. Ludziom brakuje rzetelnej wiedzy.
Kto powinien te braki edukacyjne uzupełnić? - Przede wszystkim rynek finansowy - banki, fundusze inwestycyjne, firmy ubezpieczeniowe. Brak wiedzy, co pokazują badania, powoduje, że negatywnie oceniamy produkty finansowe, a więc trzymamy się od nich z daleka.
Dla dużej części Polaków najlepszym zabezpieczeniem na emeryturę nie jest np. program systematycznego oszczędzania, lecz posiadanie nieruchomości. - Chodzi tu o komfort, jaki daje namacalne posiadanie czegoś. Jeśli słyszymy o kryzysie finansowym, o tym że jakiś bank gdzieś zbankrutował, ludzie mogą uważać, że powierzanie pieniędzy instytucjom finansowym nie jest do końca bezpieczne. Jeżeli mam dom, mieszkanie, ziemię, nikt, nawet kryzys finansowy mi tego nie odbierze. Ludzie wskazują, że dobrym zabezpieczeniem na emeryturę jest też
złoto, biżuteria, a więc dobra namacalne - one dają poczucie bezpieczeństwa.
Czy na pytanie o najlepszy sposób zabezpieczenia się na emeryturę podobnie odpowiedzieliby np. Niemcy czy Francuzi? - W tych krajach zdecydowanie większy odsetek ludzi odkłada pieniądze w produktach finansowych. Na pewno też większa jest wiedza ekonomiczna tych społeczeństw i zaufanie do instytucji finansowych. Pamiętajmy, że Niemcy czy Francuzi mają dłuższe doświadczenia z wolnym rynkiem. Ale wolnym rynkiem nie można wszystkiego wyjaśnić. Ciekawym przykładem jest Słowacja, a więc kraj o podobnej historii gospodarczej jak
Polska. Tam jednak świadomość długoterminowego oszczędzania jest znacznie wyższa niż u nas.
Co trzeci Polak uważa, że do dodatkowego oszczędzania na emeryturę skłoniłyby go "korzystne parametry produktu emerytalnego". Od nowego roku rząd zafundował nam nowy produkt w ramach III filaru - IKZE, czyli indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego. Zachętą jest niewielka ulga, którą można odliczyć sobie od podatku. Ale podatek będzie trzeba zapłacić za kilkadziesiąt lat przy wypłacie pieniędzy z IKZE. Czy to rzeczywiście zachęta? - Najbardziej efektywne są rozwiązania, które nie wymagają od nas podejmowania decyzji: "teraz rezygnuję z części przyjemności, co zaowocuje wyższą emeryturą za kilkadziesiąt lat". Dla większości z nas to abstrakcja. Dlatego dobrze sprawdzają się programy emerytalne popularne np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie składki odprowadzane są automatycznie z pensji przez pracodawcę. Można je porównać do naszych pracowniczych programów emerytalnych. To dobre rozwiązanie z punktu widzenia psychologicznego, bo nie daje nam poczucia namacalnej straty.
Bardziej zachęcający będzie produkt, który szybciej przynosi jakieś korzyści. IKZE, które daje ulgę podatkową dzisiaj, powinno bardziej zachęcać niż działające od kilku lat indywidualne konta emerytalne, w których zachętą jest tylko brak podatku od zysków kapitałowych w momencie przechodzenia na emeryturę.
Już kilka firm ubezpieczeniowych, banków i funduszy inwestycyjnych pokazało swoje IKZE. Ale wszystkie są piekielnie drogie. Jest ryzyko, że całą ulgę zjedzą opłaty pobierane przez te firmy. - Nie ma niestety w Polsce zachęt o charakterze systemowym. Produkty oszczędnościowe oferują firmy komercyjne, które muszą na tym zarabiać. Nie można od nich oczekiwać, że nagle zaczną prowadzić działalność charytatywną. Państwo, skoro już tworzy pewne ramy prawne dla funkcjonowania produktów finansowych, powinno mieć wpływ na wysokość kosztów.
Ale na tym jego rola się nie kończy. Ludzie oczekują - co podpowiada intuicja, ale też potwierdzają badania - bezpiecznych produktów. Państwo powinno stworzyć takie warunki, byśmy przede wszystkim czuli się bezpiecznie. Sama ulga tutaj nie wystarczy. Drogi i niezrozumiały produkt nie budzi zaufania. Ludzie w niego po prostu nie zainwestują.
dr hab. Tomasz Zaleśkiewicz jest profesorem i dziekanem wrocławskiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej