Wcześniej mogły to robić tylko wybrane firmy: banki, firmy ubezpieczeniowe i telekomunikacyjne. Nowelizacja ustawy o udostępnianiu informacji gospodarczych, która weszła właśnie w życie, powoduje, że w zasadzie każdy może na takiej liście umieścić swojego dłużnika. To nie lada gratka zwłaszcza dla firm windykacyjnych, którym łatwiej będzie odzyskiwać pieniądze. Ale swoich dłużników mogą wpisywać też osoby fizyczne i małe firmy. W ten sposób pracownik może ostrzec przed złym pracodawcą, przedsiębiorca przed nieuczciwym kontrahentem, a konsument przed nierzetelnym
sprzedawcą Co to oznacza w praktyce? Jeżeli dłużnik znajdzie się w bazie biura informacji gospodarczej (BIG), może pożegnać się z zakupem kolejnej usługi. Jeśli będzie chciał np. wziąć telefon na abonament, a operator sprawdzi, że figuruje on w takim rejestrze, to może odmówić mu usługi. Wpis w rejestrze może być barierą w dostępie do tak popularnych usług jak kredyt bankowy,
telewizja kablowa, internet czy wynajem
mieszkania.
Zanim dłużnik zostanie zgłoszony, wierzyciel ma obowiązek powiadomić go o takim zamiarze listem poleconym. Do BIG można zgłaszać długi przeterminowane powyżej 60 dni. W przypadku osoby fizycznej minimalna wartość zadłużenia to 200 zł, a przedsiębiorcy - 500 zł. Samo pojawienie się naszego nazwiska na takiej liście nie musi od razu oznaczać, że nikt nam już nic nie sprzeda. Dane w bazie to tylko informacja dla innych o tym, że mamy długi. Nie każdy będzie chciał też z bazy skorzystać, bo za takie informacje trzeba zapłacić. W Polsce działają trzy biura informacji gospodarczej. To wierzyciel decyduje, do którego biura zgłasza dłużnika. Chcąc mieć pewność, że dana osoba lub firma nie znajduje się na czarnej liście, trzeba sprawdzić tę informację osobno w trzech biurach (raport z jednego kosztuje od kilku do kilkunastu złotych).
Szacuje się, że gdyby wszyscy wierzyciele skorzystali z nowego prawa i wpisali swoich dłużników, w rejestrach mogłoby się znaleźć około 3 mln osób i firm.