KNF nie chce całkowitego zakazu udzielania kredytów walutowych. Chce, by w portfelach banków kredyty hipoteczne w walutach obcych nie przekraczały 50 proc. całkowitej wartości kredytów hipotecznych. Na przykład, jeśli bank udzielił kredytów o wartości 1 mld zł, to te w walutach nie mogą przekroczyć 500 mln zł.
Z pozoru niewinny zapis. Jeśli jednak spojrzymy bliżej na to, jak wyglądają portfele kredytowe banków, okaże się, że to wręcz rewolucyjna propozycja. W kilku bankach już dzisiaj proponowany limit jest bowiem mocno przekroczony. W DnB Nord udział mieszkaniowych kredytów walutowych zbliża się do 100 proc. Kilka banków, m.in. Deutsche Bank PBC, Raiffeisen Bank, mBank, MultiBank czy BNP Paribas Fortis, przekroczyło dopuszczalny limit o 25-30 pkt proc. Średnia dla całego rynku to 63 proc.
Jeśli przepis wejdzie w życie, w pierwszej kolejności banki będą musiał zakręcić kurek z kredytami walutowymi, a następnie zmniejszyć ich udział, np. poprzez zwiększanie akcji kredytowej w złotych. Jeśli po pewnym czasie udział kredytów walutowych spadnie poniżej 50 proc., banki znowu mogłyby ten kurek odkręcić.
Bierzemy, bo taniej
Dlaczego w ogóle Polacy chcą zaciągać kredyty walutowe? Odpowiedź jest prosta: bo są tańsze od złotowych. Dzieje się tak dzięki niższym stopom procentowym w Szwajcarii czy strefie euro. Oprocentowanie kredytu jest sumą stałej marży (na tym zarabia bank) i zmiennej stopy referencyjnej dla danej waluty kredytu. W przypadku kredytów we frankach jest to najczęściej trzymiesięczny LIBOR CHF, w euro - EURIBOR. Oprocentowanie kredytów złotowych oparte jest z kolei na stopie WIBOR (są to stawki pokazujące średnie oprocentowanie pożyczek na rynku międzybankowym). Banki mogą też stosować wewnętrzne stopy referencyjne, których wysokość jest zbliżona do tych rynkowych.
A różnice są spore. LIBOR dla franka wynosi dzisiaj ok. 0,17 proc., EURIBOR 0,9 proc., a WIBOR aż ok. 3,8 proc.! Marże kredytów złotowych są co prawda bardziej atrakcyjne niż kredytów walutowych, ale finalnie i tak oprocentowanie kredytów walutowych jest wyraźnie niższe. Niższe oprocentowanie to z kolei niższa miesięczna rata, a ta w największym stopniu działa na naszą wyobraźnię przy podejmowaniu decyzji o walucie kredytu. Weźmy np. kredyt o wartości 300 tys. zł z 20-proc. wkładem własnym. Rata kredytu złotowego to dzisiaj 1,7-2 tys. zł w zależności od banku. Przy kredycie w euro zapłacilibyśmy miesięcznie już od 1,3 tys. zł.
Ale nie ma nic za darmo. Zaciągając tańszy (dzisiaj) kredyt walutowy, bierzemy na siebie podwójne ryzyko - kursowe i stopy procentowej. Na to drugie narażone są także osoby, które wzięły kredyt złotowy. Stopy rynkowe, a więc wspomniane LIBOR, EURIBOR i WIBOR, mogą w każdej chwili wzrosnąć. Ich poziom zależy od wielu czynników, m.in. od inflacji. Jeśli tak się stanie, oprocentowanie, a więc i raty też pójdą w górę.
Przeciwnicy udzielania (bądź nadmiernego udzielania) kredytów walutowych ostrzegają jednak przede wszystkim przed ryzykiem kursowym. Jest ono bowiem dla kredytobiorców bardziej nieprzewidywalne, szybciej odczuwalne i boleśniejsze. Zaciągając kredyt walutowy, pożyczamy euro lub franki. Miesięczna rata wyrażona jest w danej walucie i w tej walucie trzeba ją spłacić. A żeby to zrobić, wcześniej musimy ją kupić po kursie banku albo np. w kantorze (zwykle taniej niż w banku). Załóżmy, że rata to 500 euro. Dzisiaj euro kosztuje średnio 4 zł, a więc na ratę musielibyśmy przeznaczyć 2 tys. zł. Ale jeśli za miesiąc (w dniu płatności kolejnej raty) euro będzie kosztować np. 4,2 zł, co jest jak najbardziej możliwe, rata będzie wyższa o 100 zł. Na kredycie można też zarobić, bo euro może przecież tanieć, a wtedy rata będzie topnieć. W każdym razie bierzemy na siebie bardzo duże ryzyko związane z wahaniami kursowymi.
Rekomendacja S w pierwotnej wersji już wprowadziła pewne ograniczenia związane z udzielaniem kredytów walutowych. Zgodnie z nią bank musi badać naszą zdolność kredytową tak, jakbyśmy ubiegali się o droższy kredyt złotowy. Poza tym bank musi sztucznie powiększyć kwotę kredytu o 20 proc. i sprawdzić, czy nasze zarobki wystarczyłyby na obsługę teoretycznie droższego i większego kredytu. Z założenia właśnie ten bufor ma chronić kredytobiorców i banki przed wahaniami kursowymi i wzrostem stóp procentowych. Ale komisji to nie wystarcza.
Czego boi się KNF
Komisja stoi na straży bezpieczeństwa lokat zdeponowanych w bankach. Musi więc dbać o to, by banki ogólnie były w dobrej formie, by kredytów udzielały odpowiedzialnie (banki mogą dawać kredyty m.in. dzięki zbieranym depozytom). A jeśli ryzyko walutowe da o sobie znać, bo złoty mocno się osłabi, a dodatkowo wzrosną stopy procentowe, banki mogą mieć poważne problemy - klienci, a przynajmniej ich część, mogą po prostu przestać płacić raty. A to może oznaczać, posługując się terminologią bankową, ryzyko niewypłacalności kredytobiorców, wzrost ryzyka płynności czy wzrost liczby klientów podwyższonego ryzyka.
Ale nie tylko tego boi się KNF, chcąc narzucić embargo na kredyty walutowe. Argumentuje, że gdyby czarny scenariusz się sprawdził, negatywne skutki odczułaby cała gospodarka. I wskazuje inne kraje, które słono zapłaciły za kredyty walutowe, np. Szwecję i Finlandię pod koniec lat 90. Wówczas udział kredytów walutowych w portfelach szwedzkich banków nie przekraczał 50 proc., czyli był niższy niż dzisiaj w Polsce. W Finlandii wynosił nieco ponad 40 proc.
W wyniku działań spekulacyjnych waluty krajów skandynawskich osłabiły się, a więc kredytobiorcy dostali po kieszeni - płacone przez nich raty automatycznie wzrosły. Zmuszone do redukcji ryzyka banki żądały od klientów wcześniejszych spłat lub przewalutowania kredytów. Dodatkowo spadły ceny nieruchomości, które były zabezpieczeniem kredytów hipotecznych. Wszystko to przyczyniło się do wzrostu strat banków z tytułu niespłaconych kredytów. Koszty ratowania sektora bankowego sięgnęły - w zależności od kraju - od 3 do 7,4 proc. PKB.
Bankowcy: udzielamy bezpiecznie
W bankach propozycja KNF wywołała niemałe zamieszanie, oczywiście w tych, które nadal chcą aktywnie udzielać kredytów walutowych. Kontrargumentów jest kilka. Pierwszym jest choćby wspomniana rekomendacja S, która już teraz nakazuje bankom stosowanie 20-proc. buforu bezpieczeństwa przy badaniu zdolności kredytowej.
Banki przekonują też, że kredyty hipoteczne to najlepiej spłacana grupa pożyczek. Co więcej, kredyty walutowe są obsługiwane lepiej niż złotowe, co pewnie wynika z tego, że są tańsze. Jednocześnie banki przekonują, że taki kredyt nie każdy dzisiaj może dostać. Od osób starających się o kredyt walutowy banki zwykle wymagają większego wkładu własnego. W BZ WBK, żeby dostać kredyt w euro, trzeba mieć co najmniej 30 proc. wkładu własnego. Klienci muszą wykazać się też ponadprzeciętnymi zarobkami. Żeby w Deutsche Banku PBC otrzymać kredyt we frankach szwajcarskich, trzeba zarabiać miesięcznie co najmniej 12 tys. zł netto (na gospodarstwo domowe). Banki przekonują więc, że pożyczają pieniądze osobom, których zarobki pozwoliłyby wytrzymać turbulencje na rynku walutowym.
Proponowane przez KNF zmiany mają jeszcze charakter projektu. Do 11 sierpnia komisja czeka na uwagi od środowiska bankowego. Co zaproponuje Związek Banków Polskich występujący w imieniu całego sektora? Z wypowiedzi jego przedstawicieli wynika, że jednym z lepszych rozwiązań może być objęcie ograniczeniem tylko nowego portfela kredytowego (KNF chce objąć limitem cały portfel). Przepis w proponowanej formie zdaniem bankowców byłby niesprawiedliwy, bo działałby wstecz.