W dzisiejszym odcinku naszego cyklu o głupich, dziwnych, a może po prostu wyjątkowo pomysłowych prowizjach, które płacimy w bankach, znów wracamy do tematu opłat karnych, na które banki nas naciągają przy okazji zamykania różnych kredytów, debetów lub kart.
Kilka lat temu szczyty popularności wśród sprytnych bankowców biły "promocyjne" kredyty ratalne. Udzielało się klientowi kredytu "zero procent" z zastrzeżeniem, że kredyt jest darmowy tylko wtedy, kiedy klient spłaci go w ciągu pół roku. W przeciwnym razie za kredyt trzeba zapłacić np. 20 proc. w skali roku, licząc od pierwszego dnia! Banki udzielały więc kredytów, których dzień płatności ostatniej raty przypadał np. na pierwszy dzień po zakończeniu sześciomiesięcznego okresu "promocji". I naliczał zdziwionym klientom odsetki.
Odkąd kredyty ratalne stały się mniej modne, ten patent nie jest już przez bankowców stosowany. Ale od pobierania różnego rodzaju kar już po spłacie przez klienta ostatniej raty bankowcy się nie odzwyczaili. Świadczy o tym choćby przykład pani Aldony z podwarszawskich Łomianek, klientki banku HSBC, której kredyt przejął w zeszłym roku Alior Bank.
Długu nie obsługiwali, a prowizję wzięli "Ostatnia rata mojego kredytu gotówkowego przypadała na 30 listopada 2009 r. Tego dnia przelałam na konto Alior Banku kwotę 132,26 zł, jak co miesiąc. Niestety, po pewnym czasie okazało się, że ostatnia rata, zwana wyrównującą, powinna być zapłacona w wysokości 166,34 zł. Niestety, ja tej informacji nie otrzymałam. Alior Bank twierdzi, że wysłał mi ją na 20 dni przed wymaganym terminem płatności, listem zwykłym" - opowiada pani Aldona.
W połowie marca 2010 r. pani Aldona dostała wezwanie do płatności - już nie od banku, ale od kancelarii prawnej Korczyńska i Wspólnicy, która zajmuje się obsługą nieterminowych płatności klientów Alior Banku. Nasza czytelniczka udała się do placówki banku, gdzie się dowiedziała, że ma do spłaty 34,52 zł kapitału, 1,69 zł odsetek i jeszcze dodatkowe 100,00 zł. Według pani Aldony pracownik nie był w stanie jej odpowiedzieć na pytanie, za co te 100 zł kary ekstra.
W ciągu kilku dni pani Aldona zapłaciła kwotę 36,21 zł i złożyła w Alior Banku pismo z prośbą o wyjaśnienie, skąd wzięło się dodatkowe 100 zł kary. Odpowiedź nasza czytelniczka uzyskała dopiero w sierpniu, kiedy jej tajemniczy dług ze 100 zł urósł już do 160 zł. Okazało się, że zadłużenie powstało w wyniku naliczanej co miesiąc opłaty 20 zł za "obsługę nieterminowej płatności".
Pani Aldona jest oburzona: "Według mojego prostego rozumowania obsługa nieterminowej płatności polega na powiadomieniu klienta o przekroczeniu terminu płatności (co praktykują inne banki) pocztą, telefonicznie, e-mailem, SMS-em lub w jakikolwiek inny sposób. Gdyby Alior Bank obsługiwał nieterminowe płatności, a nie tylko naliczał opłaty za ich obsługę, to moja zaległość zostałaby uregulowana w listopadzie w wysokości 56,21 zł. A tak w sumie zapłaciłam 176,39 zł. Bank, zwlekając z odpowiedzią na moje pisma, jednocześnie co miesiąc naliczał 20 zł".
Opieszałość bankowi się opłaciła. Co prawda po złożeniu przez panią Aldonę reklamacji bank zrezygnował z opłaty za "obsługę nieterminowej płatności" za dwa ostatnie miesiące, ale i tak zarobił niemało. "Myślę, że takich klientów jak ja jest bardzo wielu, gdyż w czerwcu 2010 r. byłam u Miejskiego Rzecznika Konsumentów i obsługująca mnie pani, gdy powiedziałam, że chodzi mi o opłatę pt. "obsługa nieterminowej płatności", od razu zapytała, czy chodzi o przejęte przez Alior Bank zobowiązania wobec HSBC" - kończy gorzko pani Aldona.
Nasza czytelniczka została ukarana za to, że nie zorientowała się, iż ostatnia rata jej płatności jest wyższa od pozostałych, bo to tzw. rata korygująca. A bank skrupulatnie wykorzystał nieporozumienie, naliczając opłatę za obsługę nieterminowej płatności, podczas gdy żadnych czynności związanych z tą obsługą nie prowadził. No, chyba że za taką czynność uznać przekazanie sprawy do zewnętrznej kancelarii prawnej.
Nie chcesz karty? I tak za nią zapłacisz O ile pani Aldona została wbrew swojej woli "ubrana" w dodatkowe opłaty kredytowe, to inny nasz czytelnik, pan Leszek, musi płacić za kartę płatniczą, której nie chce, nie zamawiał, a nawet nie aktywował. Cóż, jego bank najwyraźniej wie lepiej, co panu Leszkowi jest potrzebne do szczęścia. I wcisnął naszemu czytelnikowi na siłę kawałek plastiku. Dość kosztowny zresztą. A było tak:
"Posiadam kilka kont w różnych bankach i od czasu do czasu docierają do mnie karty, zarówno kredytowe, jak i debetowe, niezamawiane przeze mnie i zupełnie mi niepotrzebne. Mam i używam dwóch kart płatniczych, które mi wystarczają aż nadto" - pisze w e-mailu do nas pan Leszek.
Kolejną kartą pod koniec ubiegłego roku uraczył naszego czytelnika Getin Bank. Uczynił to, mimo iż przy zakładaniu konta, w listopadzie 2009 r., pan Leszek przezornie zaznaczył opcję, że chce samo konto, bez plastiku. "Niepotrzebnej mi karty oczywiście nie aktywowałem i o niej zupełnie zapomniałem. Do czasu gdy na początku sierpnia 2010 r. ściągnięto mi z konta 5 zł za jej obsługę" - pisze pan Leszek.
"Spytałem o powód naliczenia tej opłaty i okazuje się, że w Getin Banku, po zmianie regulaminu, dla rachunku Getin24 jest przymus posiadania karty. I niezależnie od tego, że jej nie aktywowałem, co miesiąc bank będzie ściągać opłatę za obsługę tejże karty. Czyli będę płacił za coś, czego nie potrzebuję i czego nigdy nie będę używał. Inne banki, z którymi mam do czynienia, mają na razie na tyle przyzwoitości, że za wtykaną siłą klientowi (nieaktywowaną) kartę nie pobierają opłaty" - konkluduje pan Leszek.
Mamy więc już drugi przypadek, kiedy bank pobiera opłatę za "obsługę" czegoś, czego klient nie potrzebuje. No cóż, klient może i nie potrzebuje, ale przecież "obsługiwać" trzeba. W naszym rankingu głupich i bardzo pomysłowych bankowych prowizji oba powyższe przypadki na pewno znajdą się wysoko. Finał naszego plebiscytu już wkrótce, więc, drodzy czytelnicy, nadsyłajcie kolejne przykłady. Może akurat wasza propozycja wygra nasze zestawienie? Piszcie na adres finanse@wyborcza.biz oraz maciej.samcik@gazeta.pl.
Historia wiele warta. Co najmniej 100 zł A na koniec jeszcze opłata, która - jeśli klient jest w potrzebie - może wynieść nawet kilkaset złotych. Pisaliśmy już w ramach naszego cyklu o klientce, która za potwierdzony przez pracownika banku wydruk z historii rachunku za półtora roku musiała zapłacić 180 zł. W Lukas Banku takie wydruki mogą być znacznie droższe. O czym doniósł nam kolejny czytelnik, pan Janek.
"Nie wiem, czy ktoś już zwrócił na to uwagę, ale jest taka absurdalna opłata w Lukas Banku dotycząca kredytów i pożyczek hipotecznych. Wystawienie zaświadczenia lub opinii na wniosek klienta i sporządzenie historii spłaty kredytu lub pożyczki wynosi, za każdy rozpoczęty rok kalendarzowy, 100 zł. Nawet strach pomyśleć o wysokości opłaty, gdyby potrzebne było nam bankowe potwierdzenie spłaty kredytu czy pożyczki za kilka ostatnich lat..." - konkluduje czytelnik. I ma rację. Strach pomyśleć.