- Mieszkam pod Warszawą, codziennie dojeżdżam do pracy w centrum, potrzebuję
auta - tłumaczył ubezpieczycielowi. Nic nie wskórał. Chociaż towarzystwo ubezpieczeniowe powinno (tak zwykle orzekają sądy) zapewnić mu
auto zastępcze, to na infolinii usłyszał, że nie ma takiej praktyki w firmie.
W takiej samej sytuacji każdego roku są tysiące kierowców. Tylko w zeszłym roku na polskich drogach doszło do 39 tys. wypadków i aż 416 tys. stłuczek. Obowiązkowe ubezpieczenie OC ma blisko 16 mln aut. Mimo że większość samochodów była ubezpieczona, firmy niechętnie przyznają poszkodowanym
samochody zastępcze.
Ubezpieczyciele przekonują, że jeśli kierowcy w wypadku nic się nie stało, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby poruszał się po mieście autobusem, tramwajem lub rowerem. Żeby dostać auto zastępcze, muszą udowodnić, że jest im niezbędne "do zaspokajania potrzeb życiowych" - wynika z wytycznych Polskiej Izby Ubezpieczeń reprezentującej towarzystwa ubezpieczeniowe.
Analityk PIU Marcin Tarczyński tłumaczy: - Jeżeli klient mieszka w centrum Warszawy, ma dostęp do autobusów, metra, tramwajów, nie ma małych
dzieci, a podczas stłuczki nic mu się nie stało, to ma bardzo małe szanse na wynajęcie auta zastępczego na koszt towarzystwa.
I tak robią ubezpieczyciele. - Osoby prywatne dostają
samochód zastępczy, jeśli jest to celowe i konieczne - mówi Agnieszka Rosa z PZU. Adam Fulneczek z Warty tłumaczy: - Bierzemy pod uwagę faktyczne potrzeby poszkodowanego.
Inaczej jest w Niemczech. Każdemu kierowcy należy się auto zastępcze. Wystarczy, że przyniesie fakturę z wypożyczalni i ubezpieczyciel wypłaca należne pieniądze. Jeśli dokumentów nie dostarczy, dostanie równowartość uśrednionej ceny za wynajem.
Dlaczego tak nie jest w Polsce? Bo prawo nie mówi wprost, że ubezpieczyciele muszą płacić za samochód zastępczy. - Ale sądy w 95 proc. przypadków przyznają rację kierowcom, a nie ubezpieczycielom - mówi Krystyna Krawczyk, dyrektor biura rzecznika ubezpieczonych.
Ubezpieczyciele twierdzą, że ich na to nie stać. PIU szacuje, że kosztowałoby to towarzystwa przynajmniej miliard złotych rocznie. Niektórzy ubezpieczyciele przekonują, że byłoby to nawet 3 mld zł. I straszą: - Koszty musielibyśmy przerzucić na klientów. A to oznacza wzrost cen OC.
Okazuje się, że kierowcom naprzeciw wyszły wypożyczalnie samochodów. - Wynajmujemy auto zastępcze na koszt ubezpieczyciela - kuszą w reklamach. Warunek? Samochód poszkodowanego w stłuczce nie może być starszy niż pięć lat, naprawa musi kosztować powyżej tysiąca złotych i trwać co najmniej dwa dni.
To warunki wypożyczalni Sixt. Inne firmy są nawet mniej restrykcyjne. - Nie mamy obostrzeń. Musi być znany tylko sprawca wypadku - mówi Przemysław Bojarski z wypożyczalni FOX Rent a Car. Koszt wynajęcia - 89 zł, a jeżeli wypożyczymy auto na koszt ubezpieczyciela - 149 zł.
Jak to działa? Kierowca dzwoni do wypożyczalni, ta podstawia samochód i na miejscu podpisuje umowę. Jasno zapisane w niej jest, że wypożyczalnia sama rozlicza się z ubezpieczycielem. Kierowca nic nie płaci, o nic więcej się nie martwi. Co jeśli ubezpieczyciel nie zapłaci?
Paweł Kacperek z Sixt: - Gdyby nam się to nie opłacało, to nie bralibyśmy na siebie ryzyka. Nie jesteśmy instytucją charytatywną. Nie mamy problemów z odzyskiwaniem należności. Z niektórymi ubezpieczycielami się dogadujemy, z pozostałymi wygrywamy w sądzie.
Kacperek przyznaje, że nawet 70 proc. spraw kończy się przed sądem, bo towarzystwa nie chcą płacić. Ale nawet jeśli wypożyczalnia przegra, to nie obciąża klientów kosztem wynajmu.
Żadna wypożyczalnia nie chce zdradzić, ilu kierowców wzięło już u nich auto zastępcze na koszt ubezpieczyciela. Zapewniają tylko, że chętnych jest coraz więcej. Prawdziwy boom może nastąpić pod koniec roku.
- Najprawdopodobniej już w listopadzie Sąd Najwyższy rozstrzygnie, kiedy samochód zastępczy się należy, a kiedy nie - mówi Krawczyk z biura rzecznika ubezpieczonych. Zwrócił się o to do niego właśnie rzecznik. - Dzięki temu kierowcy nie będą już musieli dochodzić swoich praw w sądach - dodaje.