To był dla finansistów wyjątkowo trudny rok. Musieli jak nigdy walczyć o nasze pieniądze na lokatach, obiecując nierzadko gruszki na wierzbie. I za wszelką cenę sprzedawać iluzję tanich kredytów, choć wiedzieli, że odsetki od nich muszą być rekordowo wysokie, bo rośnie bezrobocie. Nic dziwnego, że w 2009 r. bankowi marketingowcy dokonywali cudów zręczności, by pokazać, że białe jest czarne, a czarne jest białe. Co poniedziałek pokazywaliśmy to w naszym cyklu "Prześwietlamy reklamy". Komu wychodziło najlepiej?
1. Weź prezent i zapłać dwa razy więcej Bank Citi Handlowy obiecywał prezent w gotówce do 1200 zł każdemu, kto na święta weźmie pożyczkę. Piękny sen? Raczej koszmar, bo żeby zasłużyć na nędzne 20 zł prezentu, trzeba było zaciągnąć 2000 zł wysoko oprocentowanej pożyczki i wykupić w Citi konto osobiste, które rocznie kosztuje... ponad 40 zł.
Czytaj też:
Przedświąteczna bezczelność... oraz
... i naprawiony błąd 2. Połówka, która nie jest połówką Kredyt z ulgą dla każdego - taki hit przygotował na koniec wakacji 2009 wrocławski
Eurobank. I obiecał 50-procentową bonifikatę w spłacie odsetek. Przez sześć pierwszych miesięcy miały być o połowę niższe. Bezcenne? Nie, bo to był tylko trik. Odsetki, od których bank naliczał bonifikatę, stanowiły tylko małą część całkowitych kosztów pożyczki. Była jeszcze prowizja i obowiązkowe ubezpieczenie. Jedno lub dwa (przy wyższych kwotach kredytu). Pożyczając 5000 zł na rok bez ulgi kredytowej, płaciłbym 501 zł miesięcznej raty, zaś po uwzględnieniu ulgi - 489 zł. Ładna polowa.
Czytaj też:
Windykacja w Eurobanku. Zastraszanie i obrażanie 3. Max Pożyczka z (niby) mini ratą Kredyt bez formalności na 6,99 proc.? Taką atrakcję reklamował do niedawna
bank PKO BP. Wyjątkowa manipulacja. Oprocentowanie 6,99 proc. jest dostępne tylko dla najmniejszych kredytów, do 3 tys. zł, branych na rok. Dodatkowo trzeba wykupić ubezpieczenie. Składka wynosi 0,35 proc. wartości kredytu miesięcznie. Mało? To 4,2 proc. rocznie! A że składka ubezpieczeniowa jest pobierana z góry i odliczana od kredytu, bank naliczy ratę od większej kwoty niż ta, którą dostałem do ręki. Plus prowizja za udzielenie kredytu - sięgająca 5 proc. Za kredyt oprocentowany na 6,99 proc. zapłacę ponad 20 proc. odsetek, kosztów i prowizji. Ładna mini rata...
Czytaj też:
Jak wcisnąć klientowi pożyczkę na 6,99% i zarobić na niej 25% 4. Jak płacić mniej. Czyli więcej Wiosną 2009 r. w spotach Lukas Banku brylował sympatyczny starszy pan, który zatroskanym głosem doradzał, jak oszczędzić. Zamówić jedną porcję deseru na dwoje, przysunąć się do dziewczyny i zjeść razem z nią. - W kieszeni zostaje 12 zł - mówił nauczyciel oszczędzania. Śmieszne? Nie bardzo. A te historyjki to była tylko przygrywka do zanęcenia kredytem konsolidacyjnym, czyli takim, który pozwala obniżyć raty wcześniej zaciągniętych kredytów. Jak się pożycza w jednym banku więcej pieniędzy, to powinno być taniej. Pozornie. Bo ten "tani" kredyt Lukasa kosztował 20 proc. w skali roku! Raty były niższe tylko dlatego, że rozłożone na dłużej. A przez to trzeba było oddać bankowi więcej. Ale o tym reklama nie mówiła...
Czytaj też:
Kredyty konsolidacyjne. Wielki kant? 5. Lokata, co rośnie na niby We wrześniu
Bank Millennium zachęcał do zakładania lokat Lokaty Rosnącej. W spocie TV popularny prezenter TVN Hubert Urbański tłumaczy kilkuletniej dziewczynce, że przynosi pieniądze na lokatę, co rośnie taaaak wysoko! Na plakatach i w reklamówce po oczach biło "8 procent", czyli maksymalne oprocentowanie dostępne w ostatnim z 12 miesięcy oszczędzania. Bo Lokata Rosnąca to była lokatą progresywną, na której pieniądze były oprocentowane tym wyżej, im dłużej klient je zostawił w banku. Cała zabawa zaczynała się od 4 proc. odsetek w pierwszym miesiącu, a w każdym kolejnym - tylko o pięć setnych procentu wyższe niż w poprzednim! Dopiero w ostatnim miesiącu następował gwałtowny skok oprocentowania z 4,5 do 8 proc. W sumie Lokata Rosnąca w Banku Millennium dawała raptem... 4,56 proc. Malutko...
Czytaj też:
Lokaty progresywne: marketingowy bełkot 6. Rosnące wykresy i druga strona medalu W co powinienem zainwestować? - pyta japiszon, przechadzając się w nienagannie skrojonym garniturze po dziedzińcu ekskluzywnego warszawskiego biurowca Metropolitan. W kolejnym kadrze nagle napatacza się ekspert i słyszymy o zaletach budowania długoterminowego planu oszczędzania. I rosnące wykresy. I jeszcze premia: jeśli wpłacisz przez rok 3000 zł, dostaniesz 300 zł bonusu. Tak wyglądał spot francuskiego ubezpieczyciela Axa i jego planu inwestycyjnego. Ale ten medal ma dwie strony. Druga to prowizje, o których w reklamie nikt się nie zająknął. Tymczasem za samo prowadzenie konta zapłacisz 10,55 zł miesięcznie. Za zarządzanie funduszami - od 2,25 do 2,75 proc. rocznie (czyli np. od 3000 zł aż 70-80 zł). I jeszcze niebagatelna opłata pobierana przy rozwiązaniu umowy (od 0,5 do 1 proc. zgromadzonych pieniędzy). Niby mało, ale jeśli wpłacasz przez 10 lat po 200 zł miesięcznie, to na pożegnanie zabiorą ci 240 zł.