Partnerem serwisu jest Narodowy Bank Polski. Współpraca merytoryczna - Ministerstwo Finansów

Inflacja pożera nasze pieniądze. Jak z nią walczyć?

Patrycja Maciejewicz, Piotr Skwirowski
24.01.2011 , aktualizacja: 24.01.2011 21:02
A A A Drukuj
Za dużo pieniędzy? W domowym budżecie to żaden problem, ale gdy w gospodarce pieniądza zbywa i jest za tani, zaczyna jej doskwierać inflacja.
Komu zależy na utrzymaniu inflacji w ryzach?
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Komu zależy na utrzymaniu inflacji w ryzach?
Inflacja
Inflacja
SONDAŻ
Czy chronisz swoje pieniądze przed inflacją?

Tak, trzymam je na koncie oszczędnościowym
Tak, mam lokatę
Nie wiem

W naszym cyklu budżetowym staraliśmy się pokazać, na ile przeciętny Polak może poczuć się ministrem finansów. Bo choć zarządza znacznie niższymi kwotami, to robotę ma bardzo podobną - tak skonstruować budżet domowy, by z dostępnych dochodów sfinansować niezbędne potrzeby. Gdy jego dochody i wydatki nie spinają się, to też działa jak minister finansów.

Sprawdziliśmy już, na ile w dużym i małym budżecie można ograniczyć wydatki (w przypadku państwa to często niewykonalne), czy da się podkręcić dochody (Kowalski ma zdecydowanie trudniej, bo nie nakłada na nikogo podatków) i komu się łatwiej zadłużać (do państwa ustawiają się kolejki chętnych, może żonglować różnymi operacjami finansowymi, ale cały czas jest pod ostrzałem obserwatorów i gdy przestanie być wiarygodne, może szybko popaść w tarapaty).

Dziś sprawdzimy, jakie znaczenie dla małego i dużego budżetu ma realna wartość pieniądza, komu bardziej zależy na utrzymaniu inflacji w ryzach. A cóż to w ogóle jest ta inflacja? To sytuacja, gdy ceny towarów i usług rosną. Nie chodzi przy tym o podwyżki cen pojedynczych towarów, lecz powszechny wzrost cen. Na skutek tego wzrostu, czyli inflacji, za np. 100 zł można kupić z upływem czasu coraz mniej. Oznacza to, że wartość owych 100 zł spada.

Potrzeby rosną, trzeba pożyczać

Ze świecą szukać człowieka, który przyznałby się, że pieniędzy ma w nadmiarze. Obiektywnie patrząc, możemy bardzo racjonalnie uzasadnić swoje rosnące potrzeby: własne M, dziecko w drodze, większy samochód, większe mieszkanie, może domek z ogródkiem, pies i niania, kino domowe, drugie i trzecie dziecko, wymiana garderoby po awansie, przedszkole z zajęciami językowymi, wakacje całą ferajną, a potem turnus nad morzem dla dziadków i pociech, w końcu własne siedlisko i święty spokój. Tym bardziej że nie ma pewnie dnia, byśmy nie odkryli, że coś podrożało. Na tym kalkulowanie w skali naszego mikrobudżetu się kończy.

Nieco więcej do przemyślenia mają decydenci gospodarczy w państwie. Minister finansów też nie narzeka na brak słusznych celów wydatkowych: więcej lepszych dróg, przedszkoli, nowoczesne szpitale, sprawna policja w wygodnych butach, kolorowe i nieprzeludnione domy dziecka z fachową kadrą, setki patentów technologicznych opracowywane w doskonale wyposażonych laboratoriach.

Jak minister nie ma, to na wszystko pożycza. Gdy w gospodarce nadchodzą lepsze czasy, to może stanąć przed dylematem: czy pożyczyć mniej niż do tej pory, czy pożyczyć tyle samo, i wydać na kolejne chwalebne inicjatywy: nowoczesne muzea, jeszcze bardziej gęstą sieć światłowodową, hojny program stypendialny dla najzdolniejszych. Minister musi mieć jednak świadomość, że za coraz szybciej narastający dług publiczny z pewnością nie dostanie braw od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Komisji Europejskiej, a już w szczególności od inwestorów kupujących polskie, obligacje, czyli de facto pożyczających naszemu państwu pieniądze.

Państwo bowiem jest w pewien sposób zakładnikiem tych, którzy kupują jego obligacje. Jeśli prowadzi odpowiedzialną politykę gospodarczą, pożycza niewiele, rzetelnie spłaca długi, to przed drzwiami Ministerstwa Finansów stoi kolejka chętnych, którzy chcą mu dać kredyt. A jak kolejka jest długa to na wyprzódki licytują się, kto pożyczy taniej. Za odpowiedzialną politykę czeka więc państwo nagroda w postaci niższego oprocentowania.

Odwrotnie, gdy minister szasta groszem. Chętni, by pożyczyć, są, ale żądają wyższej premii nie tylko za ryzyko niewypłacalności państwa, ale też za to, że jak dostaną swoje pieniądze z powrotem, to będą one warte znacznie mniej, bo inflacja zeżre ich część. Dług publiczny napędza bowiem inflację.

Pieniądz mniej warty? Dla państwa czasem to dobrze

Sytuacja ministra finansów nie jest tak jednoznaczna jak szefa banku centralnego i Rady Polityki Pieniężnej, których podstawowym celem jest trzymanie cen w ryzach. Bo w pewnych sytuacjach, i na krótką metę, ministra rosnąca inflacja nawet cieszy. W cyklu koniunkturalnym, czyli sekwencji gospodarczych dołków i górek, które następują po sobie, minister finansów najbardziej lubi moment, gdy gospodarka po spowolnieniu zaczyna łapać wiatr w żagle. Inflacja jest wciąż pod kontrolą, Rada Polityki Pieniężnej nie podnosi stóp, ale wzrost gospodarczy przyspiesza, coraz więcej firm decyduje się na podwyżki pensji, ludzie nie tylko więcej zarabiają, ale przestają obawiać się utraty pracy, więc śmiało wydają pieniądze. A wtedy, wraz z szybszym wzrostem cen do budżetu państwa skapuje więcej pieniędzy z podatków.

Rząd zazwyczaj zaklina Radę Polityki Pieniężnej, by nie podnosiła stóp i nie chłodziła gospodarki. Gdy koszt kredytu rośnie, ludzie mniej chętnie się zadłużają, mniej więc kupują, firmy nie tak chętnie inwestują, nie zatrudniają nowych pracowników. Dla budżetu idą gorsze czasy, a na dodatek można przecież przegrać wybory.

Bank centralny robi swoje

Minister finansów i rząd wolałby więc, by bank centralny bardziej pobłażliwie traktował odradzającą się inflację. Dlatego w potransformacyjnym dwudziestoleciu mieliśmy kilka głośnych konfliktów między dwiema stronami ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie (to tam mieszczą się Ministerstwo Finansów i Narodowy Bank Polski).

Z powodu ryzyka takich właśnie konfliktów bank centralny ma niezależność zagwarantowaną w konstytucji, a członkowie Rady powoływani są na sześcioletnie kadencje, tak by rozmijały się z kadencjami parlamentu i prezydenta, którzy powołują członków RPP.

Jeśli pojawia się choćby cień podejrzenia, że władza chce zaszachować bank centralny w którymś z krajów Unii lub wpływać na jego decyzje, do akcji włącza się Europejski Bank Centralny. Ostatnio szef EBC Jean-Claude Trichet grzmiał, że niezależność banku centralnego jest naruszana w ubiegłym roku, gdy węgierski rząd w imię oszczędności chciał ustalić górną granicę pensji urzędnika, co oznaczało obcięcie aż o trzy czwarte pensji prezesa banku centralnego Andrasa Simora. Roczna pensja Simora wynosiła 450 tys. dolarów, dwa razy więcej niż szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej, a prezes był ostrym krytykiem polityki rządu.

Pieniądz mniej warty? Dla nas to raczej źle

Minister domowego budżetu tym różni się od rządowego ministra finansów, że dla niego inflacja zawsze jest zła. Jeśli ceny rosną coraz szybciej, to jego pieniądze tracą na wartości, za jedną wypłatę może kupić mniej. Im bardziej odczuwamy podwyżki, tym większe w nas przekonanie, że powinniśmy dostać podwyżkę.

Tu jednak tkwi pewien paradoks - w im więcej z nas takie przekonanie tkwi, tym większe ryzyko, że inflacja będzie jeszcze wyższa. Bo w ślad za presją płacową pojawia się presja inflacyjna: większe zarobki to więcej pieniędzy do wydania, a przekonanie, że "wszystko drożeje", sprawia, że akceptujemy podwyżki cen nawet tych artykułów, które mogą być z powodzeniem sprzedawane taniej (tak czasem dzieje się np. z elektroniką). Wtedy musi wkroczyć Rada Polityki Pieniężnej i dokręcić śrubę inflacji.

Rada pilnie słucha, co w inflacji piszczy

A skąd Rada wie, kiedy wejść do gry? Co roku ustala sobie cel. Dopóki nasza inflacja daleko odbiegała od zachodnioeuropejskich standardów RPP określała ścieżkę zejścia do akceptowalnego poziomu (np. 10-12 proc., 6-8 proc.) i punkt ten zobowiązywała się osiągnąć na koniec roku. Od kilku lat celem jest utrzymanie inflacji w ryzach - najlepiej gdyby cały czas wynosiła 2,5 proc. To jest tzw. ciągły, punktowy cel Rady. Od decyzji RPP do efektów w postaci wolniejszego wzrostu cen upływa jednak kilka kwartałów (nawet półtora roku). Dlatego Rada akceptuje odchylenie inflacji od celu o 1 pkt proc. w górę i w dół.

Mistrzowska Rada z czułością echosondy wychwytuje wszystkie sygnały odradzającej się inflacji i z wyprzedzeniem na nie reaguje. Wówczas wystarczy delikatne dostrojenie wysokości stóp, wiarygodnej Radzie wystarczy nawet zapowiedź, że pilnuje inflacji, by poskromić apetyt na kredyt. W praktyce bywa z tym różnie. Nie wszyscy członkowie Rady są zdania, że należy przystępować do schładzania gospodarki, gdy ta jeszcze na dobre nie odbiła się od dna, a wzrost gospodarczy pozostaje kruchy.

Podziel się