To już znana w Polsce prawda: aby obronić się od nieuchronnej biedaemerytury warto odkładać choćby kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Nawet stosunkowo niewielkimi składkami – o ile zaczniemy oszczędzać jeszcze za młodu – można zbudować potężny kapitał emerytalny, który będzie rósł niczym kula śniegowa dzięki magii procentu składanego (będziemy zarabiać nie tylko na wpłaconych składkach, ale też na odsetkach od odsetek, które dostaliśmy wcześniej).

Sęk w tym, że nie jest łatwo zmobilizować się do oszczędzania. Mało zarabiamy, produkty finansowe wydają się być trudne i ryzykowne, zaś prowizje pobierane przez finansistów – zbyt wysokie. To właśnie dlatego wicepremier Mateusz Morawiecki forsuje pomysł, by stworzyć quasi-obowiązkowe pracownicze plany kapitałowe (PPK), w których odkładalibyśmy na dodatkową emeryturę 4 proc. pensji netto. Pieniądze byłyby pobierane bezpośrednio przy wypłacie wynagrodzenia, a państwo w nagrodę za systematyczne oszczędzanie dorzuciłoby co roku premię w wysokości 240 zł.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej