W zeszłym tygodniu napisała do nas czytelniczka, która przyjechała do Warszawy spóźnionym pociągiem z Białegostoku i nie zdążyła na przesiadkę do Wrocławia. Choć przysługiwało jej prawo, by wsiąść do najbliższego pociągu jadącego w tym kierunku, bez względu na kategorię pojazdu, to kierownik do Pendolino jej nie wpuścił.

Dlaczego? Bo wcześniej nie pobrała w kasie miejscówki. Mimo że nie potrzebowałaby jej na żaden inny pociąg. Nie udało się jej wrócić do składu na czas, Pendolino odjechało bez niej. Nie ma logicznych przesłanek, dla których pasażer w Pendolino nie można stać, jeśli skończą się miejsca siedzące. Albo dla których obsługa nie wpuści dodatkowych pasażerów nawet do wagonu Wars.

Pociąg w klasie biznes

Nie rozumiem, dlaczego PKP podtrzymuje sztuczny elitaryzm pociągu. A to się zaczęło od razu na początku.

Jeszcze były minister infrastruktury Sławomir Nowak w rządzie PO-PSL wraz z kolejarzami postanowił, że Pendolino nie będzie jeździł byle kto. Było to widać już podczas kampanii marketingowej, w której podróż tym pociągiem miała wyglądała jak podróż samolotem w klasie biznes. Do tego hasło: „Wsiądź do pociągu naszego, nie byle jakiego”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej