Jeśli czytasz ten artykuł, bo faktycznie rozważasz kupno „elektryka”, to najpewniej:

– mieszkasz w dużym mieście lub w jego okolicy,

– masz firmę lub wysoką pozycję w korpo,

– ponadprzeciętne zarobki,

– dom z garażem, a w nim „siłę” (gniazdko 380 V) oraz…

– co najmniej jedno spalinowe auto. A poza tym…

– zmieniasz smartfona co dwa lata,

– w smartfonie masz ponad 40 aplikacji,

– i dojeżdżasz do pracy nie więcej niż 40 km.

Na świecie dwa miliony osób jeździ autami elektrycznymi. Dość, by wysnuć pewne prawidłowości. Za mało, by mówić o owczym pędzie. Decyzja o zakupie elektryka wciąż uchodzi za odważną. Zwłaszcza w Polsce.

Zaczną się ulgi i przywileje, lecz…

E-auta dopiero od 22 stycznia tego roku mogą liczyć na jakiekolwiek benefity: wstęp na buspasy i bezpłatne korzystanie z miejskich parkingów. I to tyle. Nic dziwnego, że jeśli chodzi o liczbę nowo rejestrowanych „elektryków”, zajmujemy przedostatnie miejsce w Unii (12 samochodów na 10 tys. spalinowych, gorsza jest tylko Grecja). W Polsce „elektryków” jest zaledwie 1600. A w 2025 r. ma ich być – przypomnijmy – milion.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej