Można wiele mówić o tym, że zakupy w lumpeksach to wstyd. Ja z dumą targam do redakcji torbę z zakupami – sukienką, spodniami i bluzką. Wszystko markowe, w świetnym stanie. Cena – 52 złote. Niedawno, z odrobiną zazdrości, podziwiałam dwie sukienki kupione przez koleżankę za 49 zł. Teraz sama będę miała czym się pochwalić. Gdybym chciała te same rzeczy kupić w normalnym sklepie, zapłaciłabym około 800 zł. Nawet na wyprzedaży byłoby o 500 złotych drożej niż z drugiej ręki.

Nie jestem sama. Z danych GUS wynika, że 10 mln Polaków ubiera się w odzież kupowaną w second-handach. Jak mówią zwolennicy zakupów w lumpeksach, uprawiają oni lumping zamiast shoppingu.

Powrót lumpeksów

Second-handy u nas to nie nowość. One właściwie wróciły do Polski po 1990 roku. Pewnie niewiele osób pamięta, że były już po II wojnie światowej. Nazywano je „ciuchami”. Najbardziej znany ciuchowy bazar mieścił się w Rembertowie pod Warszawą. Moja mama w latach 50. kupowała tam amerykańskie szpilki i pończochy „bez lecących oczek”, a nieco wcześniej – ubrania z UNRRA, czyli odzież sprowadzaną przez Administrację Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy. Potem pojawiły się u nas komisy, gdzie można było sprzedać własne, ale koniecznie zachodnie ciuchy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej