Burgery, ramen, burrito czy tajskie lody. W food truckach dostaniemy już niemal każdy rodzaj jedzenia. Mobilna gastronomia przywędrowała do nas ze Stanów, gdzie "jadłobusy” od lat obsługują zabieganych pracowników budowy, fabryk i biurowców. Cel? Szybko i niskim kosztem zjeść coś w drodze do pracy albo w przerwie na lunch. Jak ten biznes wygląda od kuchni i czego nie widzi klient?

60 tys. złotych na start

Wydawałoby się, że food truck to gotowy przepis na łatwy biznes i duży zarobek – wystarczy samochód, pomysł na menu i ręce do gotowania. Nic bardziej mylnego. Jeśli chcemy prowadzić foodtruckowy biznes, musimy potraktować go jak sporą inwestycję.

Zacznijmy od podstaw, czyli od furgonetki. Mamy dwie opcje – albo kupić gotowy, wyposażony w niezbędne gastronomiczne sprzęty samochód, albo kupić zwykłe auto i przerobić je na własną rękę.

– Używany i w miarę przystosowany do tego rodzaju działalności samochód to koszt około 60 tys. zł – wskazuje Robert Stańczyk z foodtruckportal.pl, portalu o mobilnej gastronomii. Ceny nowych gastronomicznych furgonetek z odpowiednim sprzętem zaczynają się od 200 tys. zł. Najczęstsze marki? Fiat Ducato, Mercedes Benz Sprinter, Citroen Jumper, Peugeot Boxer czy Volkswagen T4.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej