Wskoczyć na rower. Niekoniecznie od razu na własny, kupiony przed sezonem za kosmiczną kwotę. Na próbę można wypożyczyć miejski – Veturilo, Wavelo, Rower Metropolitalny – systemy współdzielonych rowerów ma już każde duże miasto, a dołączają do nich mniejsze. Jak się nie spodoba, można go wpiąć do stacji i o codziennym pedałowaniu zapomnieć. Skorzysta ktoś inny.

Ale jazdy na rowerze się przecież nie zapomina. Półtora roku temu ani mi się śniło, by korzystać z niego w mieście. Na urlopie – w nieodległym lesie czy na odległej wyspie – owszem. Bo miałam dużo czasu, a wycieczka rowerowa była atrakcją samą w sobie. Jako środek transportu do pracy nie wydawał się już porywający. Jak to tak przyjechać do redakcji w pochlapanym ubraniu, z głową mokrą od deszczu albo plecami od potu? A jak chcę po drodze na pocztę skoczyć albo mam przewieźć i jeszcze zakupy?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej