Zaczynam od prowadzenia korepetycji z polskiego i matematyki, później dochodzi dorywcza opieka nad pewnym dwulatkiem. Banknot 50-złotowy, a czasem nawet stu(!)złotowy zaczyna gościć w moim portfelu coraz częściej.

Równie często też z niego znika i trafia do ręki sprzedawczyni w knajpie, kosmetyczki, a także osiedlowego cukiernika, bo bardzo lubię ciastka. 

Wreszcie, na pierwszym roku studiów, nadchodzi ona: pierwsza praca na umowę i regularnie wypłacana, czterocyfrowa pensja. Wraz z nią rosną możliwości – kupienie sobie czegoś ładnego za więcej niż 100 zł nie pozostaje już w sferze marzeń, prezenty na urodziny czy święta mogą być bardziej wypasione.

Mija kolejne lato. Za mną wielki finansowy sukces, czyli pierwszy samodzielnie opłacony wypad. Jakiś czas później stoję w swojej świeżo wynajętej kawalerce pośród stosu pudeł i myślę o tym, że teraz sporo się zmieni. Znalezienie w budżecie miejsca na tartę cytrynową, kino albo obiad w knajpie raz w tygodniu będzie musiało ustąpić miejsca takim wydatkom jak herbata, papier toaletowy i worki na śmieci. Swoją drogą jakiego miejsca? W jakim budżecie? 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej