Kiedy kilka lat temu rozmawiałem z właścicielem delikatesów Alma Jerzym Mazgajem. Narzekał wówczas, że niepotrzebnie otworzyli sklep w Lubinie. - Pieniędzy jest tam sporo – mówił. – Ludzie jeżdżą mercedesami. Ale co z tego? Mają małą – to się tak określa – świadomość konsumencką. Butelka wina za 30 zł jest już tam za droga. Dobrze sprzedają się mocne alkohole. Trudno z kolei wytłumaczyć, że ser, owszem, może kosztować 14 zł za kilo. Ale oryginalny, przez 18 miesięcy sezonowany Grana Padano, musi kosztować 140 zł. Odpowiedzą: ser jest ser. Jeden żółty i drugi żółty – to po co mam płacić 140 zł? – pytał Mazgaj.

Jak czas pokazał, konsumenci opuścili delikatesy. I nie dlatego, że nie byli w stanie odróżnić sera za 14 zł od sera za 140 zł, ale dlatego, że było tam dla nich za drogo.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej