Monika już od 12 lat wynajmuje mieszkanie w Warszawie. Przez całe studia dzieliła je z koleżankami, potem przeniosła się do kawalerki i mieszka w niej do dziś. – To duży sukces, ludziom trudno uwierzyć w to, że od prawie 7 lat wynajmuję jedno i to samo mieszkanie. Ja korzystam, póki układa mi się z właścicielami, bo znalezienie wspólnego języka wcale nie jest takie oczywiste – mówi.

W ciągu pięciu lat studiów Monika czterokrotnie musiała zmieniać mieszkanie i wina zawsze leżała po stronie właściciela.

– W pierwszym mieszkaniu trafiłyśmy na  chorą psychicznie właścicielkę. Mieszkania szukałyśmy na szybko, to nasza wina, że nie poczytałyśmy w internecie opinii, a faktycznie były. Pani raz, że była dusigroszem, to do tego okropną pedantką. Codziennie przychodziła i spisywała liczniki z wody, byśmy nie przekroczyły określonego przez nią limitu kubików. Gdy rozpoczął się sezon grzewczy, przychodziła i skręcała kaloryfery, by za dużo nie zapłacić za ogrzewanie. Nie sposób było jej wytłumaczyć, że to przecież nasze koszty i je pokryjemy – mówi.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej