Taxify z przytupem wszedł na polski rynek ponad rok temu, chciał podciąć skrzydła obecnemu tu od kilku lat Uberowi, nie mówiąc już o korporacjach taksówkarskich. Nie przestraszyły go nawet zapowiedzi legalizacji tego rodzaju działalności, czyli wymogu posiadania licencji przez kierowców jeżdżących z użyciem aplikacji. Może estońscy właściciele słyszeli o polskiej filozofii „jakosz to ben dżaj” i nie uwierzyli naszym rządzącym, że szybko ten rynek uregulują. Nie przestraszyli się też coraz bardziej zawziętych i protestujących kilka razy w roku taksówkarzy, donosów na policję i kontroli kierowców, a nawet aktów wandalizmu wobec ich pojazdów.

A może zobaczyli, na przykładzie Ubera, jak wielki potencjał ma usługa, której istniejący od lat odpowiednik - taksówka - często nie spełnia oczekiwań pasażerów i jest po prostu za drogi.

Ale na liście zarzutów figuruje nie tylko wysoka cena. Któż z Was nie spotkał się z brzydko pachnącym, mało nowoczesnym (brak płatności kartą) pojazdem korporacji taksówkarskiej, oczywiście za miliony monet. Z kierowcą, który uprzejmością nie grzeszył i swoją polskość podkreślał na co drugim skrzyżowaniu słowem na „k.”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej