– O Jezu...- powiedział nabożnie – popatrz, jaki fart! Właścicielem volvo był człowiek wyglądający na ogrodnika spod Warszawy. Akuratny, uważny, taki, co ma wszystko w papierach w porządku. Może więc rzeczywiście fart?

Darek, nasz fachman, nie był zachwycony, ale, co dziwne, skrajnie nieufny i podejrzliwy. Od razu z miejsca zażyczył sobie pokazania numeru VIN. Był, nawet wyraźnie widoczny. Kiedy nasz spec go odczytał, zbladł i niemal rzucił się do odczytywania numeru silnika.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej