– O Jezu...- powiedział nabożnie – popatrz, jaki fart! Właścicielem volvo był człowiek wyglądający na ogrodnika spod Warszawy. Akuratny, uważny, taki, co ma wszystko w papierach w porządku. Może więc rzeczywiście fart?

Darek, nasz fachman, nie był zachwycony, ale, co dziwne, skrajnie nieufny i podejrzliwy. Od razu z miejsca zażyczył sobie pokazania numeru VIN. Był, nawet wyraźnie widoczny. Kiedy nasz spec go odczytał, zbladł i niemal rzucił się do odczytywania numeru silnika. Wyprostował się nagle i z błyskiem w oku ruszył ku Antkowi, który zakochany w volvo tokował z właścicielem. Złapał go za rękę.

– Nie kupisz tego wozu – warknął – wychodzimy!

– No co ty, w kulki sobie lecisz... – Antek był zaszokowany, ale że Darek był mocarny i mocno zdeterminowany, to po prostu został wyciągnięty z placu.

W samochodzie milczeliśmy, aż Darek zawiózł nas do jakiejś małej kawiarni i usadził przy stoliku.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej