Listopad. Godz. 19.41. Poniedziałek. Czytelnik Pieniędzy Ekstra pan Sebastian (na co dzień pracujący co mało istotne dla samej sytuacji, ale z uczciwości zaznaczamy  jako redaktor Wyborczej) znalazł się w sklepie Biedronka na warszawskiej Pradze-Południe. – Nie ukrywam: kupiłem coś na sałatkę, były oliwki, no i przyznaję – hummus. Za rachunek dostałem od kasjerki dwie naklejki z Gangu Słodziaków – relacjonuje.

Potem zrobiło się jednak zdecydowanie mniej przyjemnie. – Po odejściu od kasy drogę zagrodził mi ochroniarz, uniemożliwił wyjście i groźnie oznajmił: „Proszę pokazać, gdzie pan schował butelkę Jacka Danielsa”. Inaczej nie wyjdę – rozkłada ręce pan Sebastian.

Butelki nie miał, ochroniarz nie uwierzył

Sytuacja zrobiła się kuriozalna. Czytelnik zarzekał się, że żadnej butelki nie ma. Ochroniarz nie dawał za wygraną. Jego słowa wyraźnie wskazywały, że uważa, że pan Sebastian kłamie. Czytelnik lekko zgłupiał, po czym stwierdził, że jeśli pracownik chce, to niech sobie jego zakupy obejrzy i alkoholu poszuka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej