W sieci na ich oryginalne imitacje jest znacznie większy popyt niż na bazarach, które powoli odchodzą do lamusa. Gdy sprzedają w plenerze, ich klientami są zazwyczaj ci, którzy mają świadomość tego, że kupują podróbki, ale świadomie się na to decydują – zazwyczaj dlatego, że nie stać ich na zakup oryginalnego przedmiotu. To, czy koszula wyszywana dziesiątkami napisów „D&G” faktycznie wygląda lepiej niż koszula innej marki z sieciówki, która nie udaje droższej, niż jest, a kosztuje tyle samo, pozostaje kwestią sporną.

Kupuję Vuitton, przychodzi Vutton

W internecie handlarze replikami mają znacznie większą szansę sprzedać swoje produkty także tym, którzy poszukują oryginalnej torebki, koszuli, perfum czy pary butów. Wśród takich kupujących nadal jest sporo osób, które dają się zwieść określeniu „autentyczny” w opisie oferty, zdjęciom niekoniecznie zgodnym z produktem, który otrzymają po zapłaceniu nieuczciwemu sprzedawcy, a przede wszystkim zaniżonej cenie. Przekonani, że wystawiona na sprzedaż torebka Louisa Vuittona ma prawo być tańsza o kilkaset złotych od tej na oficjalnej stronie firmy, bo przecież wystawia ją osoba prywatna, która dostała ją w nietrafionym prezencie, dokonują transakcji. Dopiero po otrzymaniu przesyłki okazuje się, że napis na torebce tak naprawdę głosi „Louis Vutton”, a tworzywo, z którego została ona wykonana, niewiele ma wspólnego z prawdziwą skórą.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej