Kartą debetową wydaną do zwykłego konta w złotych możemy zapłacić niemal w dowolnym miejscu na świecie. Użycie karty w terminalu oznacza zgodę na to, by z rachunku bankowego posiadacza karty została zdjęta kwota wydana na towar albo usługę. Albo równowartość tej kwoty, jeżeli płatność jest wykonywana w innej walucie niż waluta rachunku.

Technicznie takie przeliczenie jest bardzo proste. Jednak z punktu widzenia klienta zdecydowanie gorzej wygląda strona finansowa tej operacji. Ilu posiadaczy kart po powrocie z wakacji wyciąga z szuflady kalkulator i sprawdza, po jakim kursie bank dokonał przewalutowania? Prawdopodobnie niewielu. Ilu porówna te wyliczenia ze stawkami dostępnymi danego dnia na rynku międzybankowym? Jeszcze mniej. I dlatego wiele banków uczyniło sobie z tych przeliczeń źródło całkiem przyjemnych dochodów. Bardzo szerokie spready walutowe powodujące, że kurs sprzedaży waluty mocno odbiega od kursu średniego, prowizje za przewalutowanie czy za podjęcie gotówki z zagranicznego bankomatu – wszystko to powoduje, że dla klientów wielu banków koszt korzystania z karty za granicą staje się nieprzyjemnie wysoki. A zamiast plastikowego pieniądza korzystniej jest zabrać za granicę walutę kupioną wcześniej w kantorze.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej