Niewysoki, pulchny Tadek, szef działu finansowego w naszej firmie, opowiedział mi pewną historię:

– Kiedyś w marketingu pracował Staszek. Obrotny, pracowity gość, twardy, z jakieś niewielkiej miejscowości na Podkarpaciu. Oczywiście były akcje, jakaś ziemia po przodkach niedaleko Mińska Mazowieckiego, ale to mu nie wystarczało. Wymyślił sobie właśnie coś niestandardowego. Zajął się numizmatyką. Z tego, co zrozumiałem, nie interesował go żaden konkretny okres czy mennictwo – po prostu szukał czegoś, co przyniesie największy zwrot z inwestycji i tak to traktował. Siedział w necie, przeglądał katalogi. Z czasem był coraz bardziej napalony. Pewnego dnia przyszedł do roboty, podszedł do mnie i powiedział cicho, że zebrał już 100 tys. zł – według własnych obliczeń – i potrzebuje kogoś, kto by mu zbiory wycenił. Wiedział, że mój brat wujeczny Piotrek jest znany w branży. Skontaktowałem ich ze sobą, umówili się na konkretną kwotę. Piotrek poprosił o spis wszystkich numizmatów z opisem i zdjęciami – opowiada Tadek.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej