Kilka tygodni temu media społecznościowe i tradycyjne obiegła historia pani Alicji i jej trzynastoletniego syna Szymka, którzy pojechali pociągiem z Gdańska do Berlina. Chłopiec jest niepełnosprawny i całkowicie zależny od innych. 

Choć według unijnych przepisów kolej powinna być gotowa, by mu pomóc podczas podróży, nic takiego się nie stało. Kasjerka sprzedała pani Alicji bilet w zawyżonej cenie, potem pasażerowie nie otrzymali pomocy podczas podróży i przesiadek. Czyli było tak, jak to znamy z mnóstwa relacji - brak ramp i pomocy pracowników kolei zdezorientowanych i zaskoczonych obecnością niepełnosprawnego chłopca.

System działał dopiero po niemieckiej stronie, gdzie problemów nie było żadnych: asystenci sami znajdywali panią Alicję, by jej pomóc, a niemiecka kasjerka stawała na głowie, byle tylko podróż była jak najtańsza. 

Pani Alicja podsumowała: „Jest obsługa, która nie potrafi sprzedać właściwego biletu, pomoc, która nie pomaga, rampa, o której istnieniu nikt nie wie, infolinia, która coś weryfikuje, ale po fakcie i w końcu konduktor, który zapomina, straż ochrony kolei, która przypadkiem włóczy się po peronie... W sumie wszystko jest, ale z czapy i nie działa”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej