We wczesnych latach 90. XX wieku za fasadą wielu firm udzielających pożyczek kryli się klasyczni lichwiarze-kryminaliści. Tacy, którzy pod zastaw kilku tysięcy złotych brali mieszkania i domy. Cały przekręt z tak zwanym przewłaszczeniem mieszkania czy domu pod zabezpieczenie pożyczki był zorganizowany tak, że dłużnik nigdy nie mógł odzyskać nieruchomości. Warunki umowy pompowały pożyczkę do gigantycznych rozmiarów, np. od pożyczki na kwotę 150 tys. zł odsetki za trzy miesiące sięgały 180 tys. zł. Poszkodowany klient nie dość, że tracił nieruchomość, to jeszcze musiał zwrócić pożyczone pieniądze. O tym, że nie ma innego wyjścia, przekonywali go duzi panowie o mrocznych obliczach, przy okazji łamiąc dłużnikowi palce.

Po mafii przyszli inni

W tamtych czasach lichwa łączyła się z przestępczością zorganizowaną. Kiedy państwu udało się poradzić sobie z mafią, np. z Pruszkowem, Wołominem czy gangiem „Małpy”, zrobiło się miejsce dla tzw. normalnych firm pożyczkowych jak Provident czy Kredyt-Chwilówka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej