Od zawsze nie lubię pakowania. Przed każdym wyjazdem robię spis rzeczy do zabrania, a i tak się denerwuję, że zabraknie mi czegoś potrzebnego. Rozsądek podpowiada, że nawet jeśli czegoś zabraknie, można będzie to sobie dokupić. Tymczasem okazuje się, że jest coś, co w podróży jest może nie niezbędne, ale bardzo przydatne, a przy tym trudne do kupienia w drodze.

Przedmiotem tym jest karta sim polskiego operatora telekomunikacyjnego. Gdy jej zabraknie, możemy mieć problem z dostępem do pieniędzy. Tym bardziej że jest gubiona lub kradziona przeważnie razem ze smartfonem.

Przekładanie karty jest ryzykowne

Przekonałam się o tym w czasie ostatniego urlopu, gdy siedząc w hotelu na drugiej półkoli świata, usiłowałam kupić bilet lotniczy oraz zapłacić przez internet zaliczkę za noclegi. Transakcje kartą kredytową w mBanku są autoryzowane za pomocą haseł wysyłanych drogą SMS-ową. Wprawdzie nikt nie ukradł mi telefonu ani go nie zgubiłam, ale wkładając do smartfona prepaidową kartę sim ekwadorskiej sieci Movistar, niefortunnie uszkodziłam aparat telefoniczny i miałam kłopoty z wymienianiem karty.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej