Jeszcze pięć, sześć lat temu deweloperzy musieli stawać na głowie, by przyciągnąć klientów. Sytuacja gospodarcza, niskie zarobki, ale też restrykcyjna polityka banków powodowały, że mieszkania długo czekały na nabywców. Deweloperzy starali się jak mogli, by uatrakcyjnić swoje oferty. Kusili nabywców różnymi promocjami.

Można było liczyć na przecenione o połowę miejsce parkingowe albo połowę taniej nabyć komórkę lokatorską. Można było otrzymać od dewelopera voucher na zakupy sprzętu AGD czy materiały budowlane, a nawet bilet na egzotyczną wycieczkę. Głośnym echem odbiły się w tym czasie akcje, w których deweloperzy do mieszkania dodawali… samochody.

Nawet 10 proc. taniej

Warto było też wówczas negocjować ceny mieszkań. Na początku 2014 roku w badanych przez firmę REAS sześciu największych miastach Polski bez większych problemów można było wynegocjować obniżenie ceny mieszkania nawet o 10 proc. w stosunku do wartości cennikowej. To przy mieszkaniu o wartości 200 tys. zł oznaczało oszczędność rzędu 20 tys. zł!

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej